-Już wiem dlaczego w łazience unosi się zapach kokosa-zaśmiał się. Masował delikatnie moje ramiona. Czując jak moje ciało się rozluźnia westchnęłam zadowolona. Było mi dobrze. Ale wiem, że za chwilę się to skończy. Harry wróci do swojego mrocznego życia pełnego przemocy, narkotyków, alkoholu i cierpienia. Na moim sercu zacisnęła się dłoń gdy pomyślałam o tym ile musiał wycierpieć przez brata. Ile musiał przejść. A przede wszystkim przez co musiał przebrnąć. Mam w głowie tyle pytań, które chciałabym mu zadać, ale nie chcę by znów czuł przygnębienie i smutek.
-O co chcesz mnie zapytać?-odwróciłam się w jego stronę i spojrzałam na niego pytająco. Uśmiechnął się szeroko przytulając mnie do swojego ciepłego ciała. Jego ramiona wydają się takie bezpieczne, ale w rzeczywistości pewnie już wiele osób nimi podduszał. Wzdrygnęłam się na samą myśl o jego agresywnej stronie.
-Pytaj. Odpowiem na wszystkie gnębiące cię pytania-oparł się o ścianę kabiny wciąż trzymając mnie w ramionach.
-Ale najpierw się ubierzmy-pstryknęłam go w nos i wyszłam spod prysznica. Owinęłam się szczelnie ręcznikiem wycierając włosy drugim. Stanęłam przed szafą. Przypatrywałam się jej próbując znaleźć jakieś ubrania.
-Standardowy problem kobiety po kąpieli?-usłyszałam cichy śmiech Stylesa. Wystawiłam mu język. Sięgnęłam po pierwsze lepsze ciuchy i wróciłam do łazienki. Wysuszyłam włosy, wyprostowałam je i związałam w kucyk. Zrobiłam delikatny makijaż i wyszłam gotowa z uśmiechem. Lokers siedział na łóżku w ręczniku przewiązanym w pasie.
-Dlaczego się nie ubrałeś?-zapytałam podnosząc ubrania z podłogi. Były wszędzie. Spodnie chłopaka były pod drzwiami, a koszulka na biurku.
-Nie mam w co się ubrać-wzruszył rozbawiony ramionami.
-Twoje ubrania leżą porozwalane po podłodze, a ty mi mówisz, że nie masz w co się ubrać?-zapytałam rozbawiona. Przytaknął głową z chytrym uśmiechem. Rzuciłam w niego ubraniami, które pozbierałam z podłogi i wyszłam do kuchni.
-Za dziesięć minut widzę cię uszykowanego w salonie!-krzyknęłam stając przed drzwiami kuchni. W odpowiedzi usłyszałam prychnięcie i pchnęłam drzwi. Zaczęłam przygotowywać jakieś skromne śniadanie. Gdy stawiałam przyszykowane kanapki i herbatę na stole do kuchni wszedł Harry ubrany w jakieś ciuchy Michaela.
-Po co ten kapelusz?-oparłam się o blat zajadając paprykę. Wzruszył ramionami.
-Fajny jest-poprawił nakrycie głowy i usiadł przy stole.-Te kanapki wyglądają niesamowicie pysznie-potarł dłonie i wziął jedną do ręki.-A ty nie jesz?-zapytał i ugryzł kawałek.
-Nie. Nie jestem głodna-uśmiechnęłam się blado. Przyjrzał mi się uważnie. Miałam wrażenie, że wdziera mi się do umysłu.
-Siadaj-odsunął dla mnie krzesło.-Miałaś do mnie jakieś pytania-uśmiechnął się zachęcająco. Odwzajemniłam uśmiech i usiadłam.
-Ale odpowiem tylko na trzy-wziął kolejny gryz kanapki. Złapałam kubek w obie dłonie by nieco je ogrzać. Wpatrywałam się przez jakiś czas w parę ulatującą z gorącego napoju. Dziś jest nadzwyczaj zimno. -Hope-poczułam jego dłoń na swoim nadgarstku. Potrząsnęłam głową. Spojrzałam na niego. Wciąż jadł. Z talerza znikały kanapki.
-Możesz mnie pytać. Jestem do twojej dyspozycji-uśmiechnął ciepło. Bił od niego dobry humor. Nie wiedziałam od czego zacząć żeby go nie popsuć.
-Dlaczego bierzesz narkotyki?-Czy to nie zbyt ostre pytanie na sam początek? Sądząc po jego minie to chyba tak. Patrzał na mnie jakby zobaczył ducha. Przełknął to co miał w ustach i przeczesał włosy. Wzruszył ramionami.
-Dlaczego mi nie odpowiesz?-patrzałam na niego chcąc zgadnąć o czym myśli w tej chwili.
-Sprawiają, że zapominam. Czuję się wolny-mówił cicho. Spojrzał na mnie, a w jego oczach rodziło się coś czego nie widziałam. Poczucie winy.
-Louis też jest przeciwny temu, że ćpasz. Mówił mi, że gdy dowiedział się, że bierzesz to go pobiłeś. Dlaczego?-ścisnęłam kubek mocniej.
-Straciłem kontrolę. Bałem się. Nie chciałem, żeby powiedział Malikowi. Wtedy to ja leżałbym na ziemi ledwo oddychając-jego oczy stawały się coraz ciemniejsze. -Zostało ci jedno pytanie. Dobrze je wykorzystaj-uśmiechnął się krzywo. Spuściłam głowę w dół, a kucyk spadł na moje ramię.
-Byłeś kiedyś zakochany?-wyszeptałam nieśmiało zachrypniętym głosem. Usłyszałam jak wstrzymuje oddech. Stąpam po cienkim lodzie, a i tak chcę iść dalej. Zauważyłam, że zacisnął dłonie w pięści.
-Nie odpowiadaj jeśli nie chcesz. To tylko pytanie-starałam się go uspokoić. Położyłam dłoń na jego pięści.
-Hazz, spójrz na mnie, proszę-rozluźniłam jego uścisk próbując złapać go za rękę.-Spójrz na mnie, do cholery-warknęłam. Chciałam zwrócić na siebie jego uwagę. Nic nie działało. Wstałam ze swojego miejsca i wślizgnęłam się na jego kolana siadając na nim okrakiem.
-Jeżeli na mnie nie spojrzysz i nie porozmawiasz ze mną to wyjdę i nie będziesz musiał tego słuchać-podniósł głowę i zajrzał mi głęboko w oczy. Położył dłonie po obu stronach mojej twarzy i pocałował zachłannie. Całował mnie jakby bojąc się, że zniknę. Zachłannie i rozpaczliwie. O co tym razem chodzi? Podświadomość siedziała skulona na czerwonej kanapie trzęsąc się ze strachu.
-Harry-próbowałam się od niego odsunąć, ale przysunął mnie do siebie trzymając z dużą siłą. W końcu wplotłam palce w jego włosy wystające spod kapelusza i odsunęłam jego głowę.
-Uspokój się!-krzyknęłam gdy próbował ponownie mnie pocałować. Wyrwałam się z jego uścisku i wstałam.
-Co ci się stało?-zapytałam patrząc na jego oczy.-Masz czarne oczy. Nie lubię gdy są czarne. Nie panujesz wtedy na sobą-oznajmiłam łamiącym się głosem. Dlaczego chce mi się płakać? Przecież ta sytuacja nie jest tego warta. Pojedyncza łza spłynęła po moim policzku. Otarłam ją szybko wierzchem dłoni. Styles zerwał się z miejsca i wyszedł z kuchni. Potem usłyszałam tylko trzask drzwi frontowych. Pobiegłam za nim. Gdy stanęłam na ganku wsiadał do samochodu. Podbiegłam do drzwi od strony kierowcy i zapukałam w szybę. Otworzył ją nie patrząc na mnie.
-Dlaczego reagujesz tak gwałtownie? Nie umiesz już porozmawiać jak normalny człowiek?-zapytałam czując jak pod powiekami zbierają się łzy. "Nie płacz! Co ci to da?" podświadomość wymachiwała rękoma.
-Przepraszam-wychrypiał.-Nie powinien był tak reagować. Ale ten temat jest dla mnie tematem tabu. Tematem, o którym nigdy nie będę z nikim rozmawiać-zamknął okno i odjechał. Stałam patrząc jak pojazd się oddala. Gdy straciłam go już z oczu ruszyłam w stronę domu. Usiadłam na schodach. Wyciągnęłam telefon z zamiarem napisania esemesa.
*****************
Wskazówka na liczniku prędkości przekraczała 220 km/h. Usłyszałem dźwięk telefonu. Esemes. Pierdolony esemes. Wiedziałam od kogo. Dlaczego uciekłem? Sam nie wiem. Poczułem, że to zabrnie za daleko. Że coś się stanie. Zwolniłem nieco i sięgnąłem po telefon.
Zatrzymałem się na poboczu. Wysiadłem z auta i oparłem się o drzwi. Wykręciłem dobrze znany mi numer i przystawiłem aparat do ucha. Jeden sygnał, drugi, piąty.
-Słucham?-odezwał się męski głos.
-O której jest wyścig?
-Nie pojedziesz na niego.
-Nie będziesz mi mówił co mam robić, Malik. Nie jesteś moim ojcem-rozłączyłem się. Wykręciłem jeszcze jeden numer.
-Czego?-usłyszałem chłodne powitanie.
-Jedziesz?-zapytałem.
-O której?
-Bądź o 19 na wzgórzu-zakończyłem rozmowę. Trzymając telefon w dłoni zastanawiałem się czy nie zadzwonić do Hope. Potraktowałem ją jak... no właśnie. Nie znam nawet takiego słowa. Wsiadłem do samochodu i oparłem głowę na kierownicy. Dlaczego to musi być takie trudne, pomyślałem biorą głęboki oddech. Odpaliłem silnik i ruszyłem w stronę domu. Wymijałem wolniejsze samochody, które trąbiły na mnie.
Wjechałem do garażu. Zauważyłem znajomy motor obok swojego. Westchnąłem ciężko. No to się zacznie, pomyślałem.Ruszyłem na starcie z Goliatem, które jak zwykle wygram.
-Cześć Zayn-krzyknąłem w drzwiach. Nikt się nie odezwał. Wszedłem do salonu. Leżał na kanapie podrzucając piłkę.
-Siema młody-podniósł się do pozycji stojącej.-Nieźle załatwiłeś Louisa-uśmiechnął się złośliwie. Zacisnąłem dłonie w pięści chcąc mu przywalić, ale musiałem się opanować. Ma mocno fioletowego siniaka pod okiem po imprezie. Hope musiała to oglądać. Musiała patrzeć jak bije Zayna, Louisa i tego chłopaka, który się do niej przystawiał. Widziała do czego jestem zdolny, a i tak chciała przebywać w moim towarzystwie. Inni zazwyczaj uciekają.
-Zaliczyłeś ją, przyznaj się-wstał i podszedł do mnie. Nic nie odpowiedziałem.
-Wiedziałem! Wiedziałem, że umiesz! Brawo, młody!-poklepał mnie po ramieniu.
-Powiesz jeszcze jedno słowo na temat Hope, a poprawie ci tego siniaka i podaruję w gratisie drugiego-wysyczałem.
-Niezła jest. Sam mógłbym ją wypieprzyć. Musi być w tym dobra. I ta pupa-wykreślił w
powietrzy kształt kobiecych bioder.-Musi byś słodka jak dochodzi. I smakować też musi nieziemsko. Takich to ze świecą szukać.
powietrzy kształt kobiecych bioder.-Musi byś słodka jak dochodzi. I smakować też musi nieziemsko. Takich to ze świecą szukać.
-Odpierdol się od niej. Chyba, że chcesz wylądować w szpitalu na oiomie-roześmiał się ironicznie.
-Ty mi grozisz? Wielki Harry Styles, którego dziewczyna uspokoiła podczas napadu mi grozi!-zaklaskał śmiejąc się w niebo głosy.
-Wypierdalaj, bo nie ręczę za siebie-warknąłem. Ruszył w stronę drzwi.
-Wyścig jest o 20. Nie wiem po co chcesz jechać, ale powodzenia życzę, młody-rzucił piłkę za siebie i wyszedł. Wywróciłem oczami i ruszyłem do kuchni. Wyciągnąłem z lodówki butelka piwa. Otworzyłem ją i pociągnąłem dużego łyka. Wróciłem do salonu, rozsiadłem się wygodnie na kanapie i włączyłem telewizor. Usłyszałem dzwonek telefonu. Z niechęcią wyciągnąłem go z kieszeni. Nie patrząc na wyświetlacz odebrałem.-Słucham?-rzuciłem oschle wciąż patrząc na ekran. W odpowiedzi usłyszałem głośny szloch. Oderwałem telefon od ucha i spojrzałem na kontakt.
-Co się stało?-spytałem spokojnie.
-Louis...-wyszeptała. Serce momentalnie podeszło mi do gardła.
-Co Louis?-ponagliłem ją. Usłyszałem kolejny szloch.
-Ledwo przeżył tę noc. Podłączyli go do respiratora, bo przestał sam oddychać-mówiła łamiącym się głosem.
-Gdzie jesteś?
-Harry...-jęknęłam rozpaczliwie.
-Gdzie jesteś do jasnej cholery?!-krzyknąłem zrywając się z kanapy.
-Bridgewater Hospital-wyszeptała drżącym głosem.
-Nie ruszaj się stamtąd. Zaraz będę. Czekaj na mnie przy wejściu-rozłączyłem się i wyprowadziłem pospiesznie motor z garażu. Wsiadłem na niego i popędziłem do wyznaczonego szpitala.
Stała przed wejściem. Obejmowała się ramionami by nie dopuścić do siebie zimnego wiatru smagającego jej drobne ciało. Gdy podszedłem bliżej zauważyłem, że miała rozmazany makijaż i spierzchnięte usta. Patrzała na mnie zapłakana. Stanąłem na przeciw niej. Spuściła głowę, a kucyk opadł jej na ramię.
-Nie płacz-rozłożyłem ręce, a Hope od razu przyległa do mnie całym ciałem. Przytuliłem ją mocno, ale nie przestawała szlochać.
-Ci-głaskałem ją po głowie.-Już cichutko-podniosłem jej podbródek do góry i starłem czarne łzy.-Wszystko będzie dobrze-pocałowałem ją w czoło. Stanęła na moich stopach i schowała twarz w zagłębieniu mojej szyi. Przycisnąłem ją do siebie jeszcze mocniej.
-Nie płacz, Kitty. Wyjdzie z tego-sam sobie nie wierzyłem.
-Gdy tu jechałam myślałam, że uda mi się zobaczyć jak się uśmiecha. A tym czasem o walczy o życie-wychrypiała.-Prawie go zabiłeś!-poczułem uderzenie w plecy.-Chciałeś go zabić! Dlaczego musisz być taki okrutny?!-dławiła się swoimi łzami.-Dlaczego to robisz?-wyszeptała. Nogi jej się ugięły. Gdybym nie trzymał jej w ramionach na pewno by upadła.
-Znasz prawdę, Hope. Nie wmawiaj sobie głupot-wyszeptałem jej do ucha.-Dobrze wiesz, że nie chciałem mu zrobić krzywdy. Przestań gadać bzdury. Uważasz, że potrafię tylko zabijać?-odsunąłem ją na długość ramion. Patrzała na mnie wystraszona.
-Na prawdę tak sądzisz?-odwróciła wzrok.-W takim bądź razie, miło było cię poznać Hope-odsunąłem ją całkowicie, odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę motoru.
-Wcale tak nie uważam!-krzyknęła gdy na niego wsiadałem.-Nie jesteś zabójcą! Ty jesteś chory! Masz problemy! Ale nie chcesz dać sobie pomóc! Tak uważam!-kucnęła na ziemi i schowała twarz w dłonie. Wstałem z motoru i podszedłem do niej. Kucnąłem przed nią i przyłożyłem policzek do jej.
-Ty też masz problem. I to duży. Chcesz pomóc wszystkim dookoła, a krzywdzisz sama siebie. To nie jest normalne. Ludzie z takim problemem też są uważani za chorych. I ty mi mówisz, że to ja jestem chory?-szeptałem jej do ucha. Jęknęła gdy dotknąłem jej szyi ustami.-Oboje jesteśmy chorzy. Wolę być chory z tobą niż z kimś innym-stwierdziłem, a Hope upadła na kolana i przysiadła na piętach. Patrzała ma mnie jakby zobaczyła ducha.
-Chodź ze mną do domu. Jesteś zmęczona i trzęsiesz się z zimna-podniosłem się i wyciągnąłem do niej rękę. Chwyciła ją. Pociągałem ją do góry i wpadła wprost w moje ramiona.
-Nie mogę. Muszę tu zostać. Lou może się w każdej chwili obudzić-odsunęła się. Poczułem nieprzyjemny chłód gdy nie było jej przy mnie.
-Zostań ze mną-wyszeptała obejmując się ramionami. Pokręciłem głową.
-Nie mogę-spuściłem głowę.
**********
Widziałam wyraźnie co się z nim dzieje. Miał wyrzuty sumienia. Nie chciał zostać, bo się bał. Nie miał odwagi spojrzeć na swojego najlepszego przyjaciela, którego pobił prawie na śmierć.
-Jeżeli z tobą pojadę to porozmawiasz ze mną?-zapytałam kładąc palec na jego klatce. Westchnął ciężko gdy pojechałam nim niżej, przez umięśniony brzuch do momentu, w którym zaczynają się spodnie.
-Porozmawiasz czy mam cię jakoś zachęcić?-obrałam inną taktykę. Złapałam go za koszulkę i przyciągnęłam do siebie.
-Porozmawiasz?-przytuliłam się do niego. Położyłam brodę na jego klatce, a ręce włożyłam do tylnych kieszeni jeansów. Zagryzł dolną wargę gdy zacisnęłam je na jego pośladkach.
-Porozmawiam tylko przestań mi to robić. Oboje dobrze wiemy jak to się może skończyć, a seks na zgodę mi nie odpowiada-roześmiał się i objął na w tali dociskając do siebie. Poczułam jego nabrzmiały członek na podbrzuszu.
-Widzisz co ze mną robisz?-uśmiechnął się filuternie i założył niesforny kosmyk moich włosów, który uciekł z kucyka, za ucho.
-Pani Chapman?-usłyszeliśmy damski głos i gwałtownie odsunęliśmy się od siebie. Odwróciłam się i ujrzałam kobietę o ognisto rudych lokach po trzydziestce.
-Słucham?-próbowałam stłumić śmiech gdy jej twarz wykręciła się w grymasie dezaprobaty.
-Em...pani...narzeczony się obudził-patrzała na Harrego gniewnie.On natomiast spojrzał na mnie pytająco.
-Narzeczony?-spytał bezgłośnie. Roześmiałam się cicho. Złapałam Stylesa za rękę, a on splótł nasze palce.
-Inaczej by mnie nie zabrali-wyszeptałam gdy szliśmy za pielęgniarką.
-Jak on się czuje?-zapytał gdy jechaliśmy windą.
-A pan kim jest?-zmierzyła go wzrokiem.
-Bratem-powiedział z powagą.-Nie rodzonym. Przyszywanym-wyjaśnił gdy patrzała na niego badawczo.
-Lekarz państwu wszystko wyjaśni-pokazała ręką żebyśmy wysiedli.-Sala 124-wymusiła uśmiech i odwróciła się w drugą w stronę.
-Nie ładnie jest zdradzać-zaśmiał się cicho i klepnął mnie w pupę. Złapał mnie za nadgarstek i delikatnie pchnął na ścinę. Przygwoździł mnie całym swoim ciałem. Rozejrzał się na boki czy aby na pewno nie ma nikogo na korytarzu. Jedną rękę położył na moim biodrze, a drugą trzymał obie moje dłonie nad głową.
-Twoje zagranie nie było fair, Hope-wyszeptał przesuwając rękę z biodra na pośladek. Zacisnął ją, a z moich ust wydobyło się mruknięcie. Poczułam jak jego zwinna dłoń wdziera się w moje spodnie. Kompletnie nie wiedziałam co robić. Z jednej strony czekałam na jego następny ruch, a z drugiej chciałam żeby przestał.
-I co ja mam z tobą zrobić, maleńka?-odsłonił moje majtki i zjeżdżał coraz niżej. Rozsunął moje nogi kolanem. Pochylił się delikatnie i po chwili poczułam jego długie palce przy mojej kobiecości. Westchnęłam głośno gdy jeden palec delikatnie się we mnie wsunął.
-Harry-jęknęłam i odchyliłam głowę w bok. Jego pokaźna erekcja wbijała się w moje biodro.
-Och, słodka będzie moja zemsta, piękna-pocałował mnie w szyję. Zginał i prostował palec doprowadzając mnie do szaleństwa. Mój oddech momentalnie przyspieszył. Jęczałam cicho tuląc twarz w jego pierś.
-Hazz-sapnęłam gdy dołożył drugi palec. Nie czułam już kolana między swoimi nogami co oznaczało, że stoi dokładnie na przeciwko mnie. Otarł się kroczem o moje i zagryzł wargę. Nie zaprzestał czynności wykonywanych palcami prowadząc mnie coraz wyżej. Oddychałam coraz głośniej co jakiś czas pojękując.
-Harry-jęknęłam będą na krawędzi. Wystarczy jeden ruch by doznać spełnienia, ale jego dłoń przesunęła się znów na mój pośladek. Otworzyłam szeroko oczy rozumiejąc o co chodziło.
-To jeszcze nie koniec, mała-wyjął rękę i oblizał palce. Skrzywiłam się.
-Jesteś okrutny-wychrypiałam wciąż dysząc. Uśmiechnął się triumfalnie.
-Taka już moja natura panno Chapman-wyszeptał mi do ucha przygryzając płatek.-Dokończymy kiedy indziej, bo obawiam się, że ktoś mógł usłyszeć pani rozkoszne jęki. Są one muzyką dla mych uszy, ale inni mogą ich nie tolerować-uśmiechnął się chytrze i puścił moje ręce. Gdy opadły swobodnie wzdłuż mojego ciała wpadłam na pewien pomysł. Złapałam go mocno za wciąż odznaczającego się kolegę i zacisnęłam dłoń. Jęknął szeroko otwierając oczy.
-Nie grzecznie z twojej strony, mój drogi. Zadarłeś z nieodpowiednią osobą-poruszyłam ręką w lewo i w prawo. Zawarczał zaciskając usta w cienką linijkę. Jego oczy stały się ciemniejsze, ale nie był zły. Powtórzyłam kilka razy owy ruch i znów zacisnęłam na nim dłoń tylko nieco mocniej.
-Chciałeś mnie ukarać?-wyszeptałam patrząc na jego twarz. Brwi wysoko uniesione, czoło zmarszczone, oczy otwarte i skupione na moich ustach, usta wygięte w dziwny grymas.
-Niestety ja też mogę cię ukarać za to brzydkie zagranie. Mogę sprawić, że doznasz najlepszego orgazmu w całym swoim życiu albo mogę poczekać i dręczyć cię w twoim łóżku godzinami sprawiając, że nie dojdziesz ani razu. Co wybierasz, Harry? Twój wybór, słodki-zagryzłam wargę i znów poruszyłam dłonią. Jęknął przeciągle.
-Dom. Dom. Wybieram dom-zamknął oczy.
-Jesteś pewny?-pokiwał głową, a ja zabrałam dłoń.
-Możesz być pewna, że nie będziesz mogła chodzić przez tydzień, kochana-przyparł mnie do ściany całym ciałem dysząc ciężko.
-Mogłeś wybrać opcje numer jeden-ugryzłam go w szyję. Jęknął gdy otarłam się o jego rozporek.
-Nie mogłem. Musiałbym wtedy zabrać cię do domu i się odwdzięczyć, ale lekarz bardzo by się zdziwił, że nie doszliśmy-urwał chichocząc cicho.-Do sali. W tym wypadku musiałbym znaleźć miejsce tu, w tym szpitalu by móc cię zerżnąć jak dziki, a tego nie chcę-wyszeptał zachrypniętym jak zawsze głosem. Zabrzmiało to jak obietnica.
-Nawet nie wiesz jak bardzo chciałbym żebyś tak cichutko pojękiwała prosto do mojego ucha. Na prawdę lubię gdy to robisz, choć słyszałem dopiero kilka razy-pocałował mnie delikatnie w usta. -Wciąż masz suche usta od płaczu-stwierdził i po chwili znów poczułam jego wargi na moich. Próbował utorować sobie drogę muskając językiem moje usta. Po chwili pocałunek przerodził się w bardziej namiętny.
-Nie wytrzymasz, Harry-wyszeptałam między pocałunkami.
-Postaram się-uśmiechnął się lekko i złapał mnie za rękę. Pociągnął za sobą do sali, w której leżał Tomlinson. Stanęłam przed drzwiami obudzona do rzeczywistości.Zaraz zobaczę obitą twarz Louisa, a Hazz będzie stał obok dręczony wyrzutami sumienia. Mimo tej maski, którą się zakrywa jest wrażliwy i pełen obaw. Ścisnęłam jego dłoń, a on chwycił za klamkę i wszedł do środka ciągnąc mnie za sobą. Stanęliśmy przed łóżkiem. Louis otworzył oczy słysząc zamykające się drzwi. Respirator stał obok, a rurka która jeszcze nie dawno podtrzymywała go przy życiu zwisała z wózka. Uśmiechnął się patrząc na mnie.
-Cześć Tommo-podeszłam bliżej i usiadłam na skraju łóżka puszczając przy tym dłoń Stylesa.-Jak się czujesz?-położyłam dłoń na jego nodze.
-Jakby przejechał po mnie walec i przebiegło stado koni, ale jest okej-wykrzywił usta w coś co miało przypominać uśmiech.
-Witam-usłyszałam męski głos od strony drzwi. Odwróciłam się, a za Harrym stał mężczyzna w białym fartuchu. Podszedł bliżej uśmiechając się do mnie.
-Dzień dobry panie doktorze-odwzajemniłam uśmiech wstając.
-Pani jest narzeczoną pana Tomlinsona?-stanął przy drugim boku łóżka.
-Jeżeli mam być z panem całkowicie szczera to nie-spuściłam głowę patrząc na swoje buty.
-Mhm-wymruczał patrząc w kartę pacjenta.-Czyli wymówka?-spojrzał na mnie z rozbawieniem. Pokiwałam głową. Podniosłam wzrok na Harrego. Patrzał na swojego przyjaciela, a w oczach miał łzy. Zacisnął pięści i jedna samotna łza spłynęła po jego twarzy.
-Harry-szepnęłam podchodząc do niego. Położyłam dłonie na jego policzkach. Spojrzał na mnie z bólem wymalowanym na twarzy. Miałam wrażenie, że jego skamieniałe serce mięknie.
-Przepraszamy na moment-złapałam go za dłoń i wyprowadziłam na korytarz. Przyparłam go do ściany.
-Spójrz na mnie-ujęłam jego twarz w dłonie.-Nie musisz tego robić. Nie musisz tam wchodzić jeżeli nie chcesz-głaskałam jego policzki kciukami.
-Gdy zobaczyłem jak się do ciebie uśmiecha przypomniało mi się jak byliśmy w liceum. Wszędzie razem. Nierozłączni. A teraz? Teraz praktycznie nie wiem co się z nim dzieje. Jak się czuje. Co robi w ciągu dnia. Nie wiem o nim nic. Jesteśmy dla siebie coraz bardziej obcy. Olewałem to. Myślałem, że tak po prostu musi być. Ale po tym co się stało. Po tym jak go prawie zabiłem zrozumiałem jedno-przerwał i otarł spływające łzy.-Straciłem najlepszego przyjaciela przez jakieś cholerne narkotyki-zaczął uderzać tyłem głowy o ścianę. Dopiero teraz zauważyłam, że nie ma kapelusza. Złapałam go za włosy z tyłu próbują ochronić przed twardą powłoką.
-Nie straciłeś go. Możesz to jeszcze naprawić. Będzie dobrze, Hazz-przytuliłam się do niego. Schował twarz w moje włosy cicho płacząc.
-Harry, pamiętaj jedno. Masz mnie. Zawsze będę tu żeby ci pomóc. Tyle chociaż mogę ci obiecać-odsunęłam się od niego.-Nie jesteś złym człowiekiem. Zadajesz się po prostu ze złymi ludźmi, ale ja nie mogę ci zabronić spotykania się z nimi. Jesteś dorosły i sam powinieneś wiedzieć co jest dla ciebie najlepsze-uśmiechnęłam się lekko ocierając mokry policzek chłopaka.
-Ty-wyszeptał łapiąc mnie za rękę i kładąc z powrotem na swoim policzku.-Twój dotyk. Tak delikatny jak skrzydła motyla. Twój głos będący czymś czego mógłbym słuchać cały czas. Twój śmiech. Ten słodki śmiech. I uśmiech, który tak rzadko widnieje na tej pięknej buźce. Jesteś moim najlepszym-wyznał patrząc prosto w moje oczy. Nie do końca rozumiałam o co chodzi, ale powoli przyswajałam do siebie te słowa.
-Co próbujesz przez to powiedzieć?
-Że cię potrzebuję. Potrzebuję cię, Hope-z jego oczu znów popłynęły łzy.-Chcę się zmienić. Dla ciebie. Dla niego-pokazał palcem na drzwi. Uśmiechnęłam się do niego i ponownie przytuliłam.
-To nie będzie proste. Będziesz musiał to dokładnie przemyśleć, ale teraz chodź. Porozmawiasz z nim-splotłam nasze palce i wciągnęłam go do sali. Tommo rozmawiał z lekarzem.
-Przepraszamy-uśmiechnęłam się uprzejmie do doktora.-Może pan nam powiedzieć co z nim?-objęłam Stylesa w pasie i wsadziłam rękę pod bluzkę.
-A więc tak. Jest już dużo lepiej. Jak widać może już sam oddychać. Nastawiliśmy mu szczękę, zaszyliśmy rozcięty łuk brwiowy i poskładaliśmy żebra. Niestety pana Tomlinsona czeka jeszcze złożenia kości policzkowej. Cudem uszedł z życiem-patrzał na kartki.-No cóż to ja już chyba swoje powiedziałem-uśmiechnął się szeroko i skierował się do wyjścia.-Jeżeli będą mieli państwo jakieś pytania proszę wcisnąć czerwony guzik i powiedzieć pielęgniarce, że szukacie mnie-chwycił za klamkę.-Miłego dnia-i wyszedł zostawiając po sobie echo w naszych uszach. Louis patrzał na Harrego z dużym uśmiechem.
-Dobrze cię widzieć mordo. Chodź tu-poklepał miejsce na skraju łóżka. Usiadł na wyznaczone miejsce nic nie mówiąc. Przysiadłam na krześle niedaleko łóżka.
-Co słychać, stary? Wszyscy zdrowi?-położył dłoń na jego udzie.
-Tak-na jego twarzy również pojawił się uśmiech.-Jak się czujesz, bracie?-obserwował go bacznie.
-Jakbym dostał w ryj-roześmiał się, a Lokers mu zawtórował.-Wygrałeś już coś?-poruszył zabawnie brwiami.
-Dziś o 20. Wygram to. Pattie ze mną jedzie-spojrzał na niego porozumiewawczo.
-Ach, ta Pattie-wybuchli głośnym śmiechem. Poczułam momentalnie tą cholerną zazdrość. Poruszyłam się nerwowo na krześle. Oboje spojrzeli na mnie w tym samym czasie.
-Dlaczego nie weźmiesz tego aniołka? Przyda jej się trochę rozrywki-uśmiechnął się ciepło w moją stronę. Spojrzałam pytająco na Stylesa.
-Nie. Nie chcę jej narażać. To niebezpieczne-spoważniał patrząc na mnie.
-Na co narażać?-odezwałam się w końcu.
-Harold będzie startował w wyścigu-poklepał go po udzie. Serce podeszło mi do gardła. Podniosłam się z krzesła i zaczęłam nerwowo chodzić po sali.
-Hope, spokojnie-podszedł do mnie. Chciał złapać mnie za rękę, ale ją zabrałam.
-Hope, proszę cię nie dramatyzuj-westchnął. Usiadłam z powrotem na krzesło. Patrzałam na swoje splecione palce. Gdy się denerwuję zawsze je splatam albo wyginam. Wyścig? Niebezpieczny? Inna dziewczyna? Dlaczego nie ja?
-Ale ja chcę z tobą jechać-spojrzałam na niego.
-Nie ma mowy. Nie wezmę cię tam. Te wyścigi nie są bezpieczne-mówił spokojnie. Wow. Umie być spokojny.
-Harry, proszę. Weź mnie ze sobą-zrobiłam szczenięce oczka.-Będę grzeczna-uśmiechnęła się zachęcająco.
-Nie i kropka. Koniec rozmowy-zaczął się irytować.
-Nie puszczę cię z jakąś szmaciurą-wydęłam wargi.
-Czy ty jesteś zazdrosna?-zapytał rozbawiony. Ten to jest zmienny.
-Nawet jeżeli to co?-skrzyżowałam ręce.
-Słodka jesteś jak się złościsz-podszedł do mnie i kucnął na przeciwko.-Ale i tak ze mną nie pojedziesz-uśmiechnął się.-Boję się o ciebie mała. Nie chcę żeby coś ci się stało-ujął moją twarz w dłonie. Lou przyglądał się nam z uśmiechem.
-Ładna z was parka-zaśmiał się cicho.
-Nie jesteśmy razem-powiedzieliśmy równo.
-My się tylko pieprzymy-wyszeptałam Harremu do ucha. Zachichotał cicho.
-Robiliśmy to na razie raz, ale można tak powiedzieć-wyszeptał patrząc na mnie.-Ale chętnie to powtórzę-poczułam jak płomienny rumieniec wpełza na moje policzki.
-U ciebie-powiedziałam bezgłośnie.
-Louis-Hazz odwrócił się w jego stronę.-Nie będziesz miał nic przeciwko, że przyjdziemy jutro, bo dziś musimy jeszcze coś załatwić?-uśmiechnął się do niego znacząco.
-Jasne. Nie ma sprawy, stary-jego twarz nabrała kolorów. Ruszyliśmy w stronę drzwi.
-Tylko się zabezpieczcie-powiedział gdy otworzyłam drzwi.
-Tomlinson-Lokers sporunował do wzrokiem.
-Zdrowiej idioto-szybko podbiegłam do jego łóżka i pocałowałam w policzek.
-Oj weź, bo się zarumienię-machnął ręką.-Pa gołąbeczki-i staliśmy już na pustym korytarzu. Ruszyliśmy w stronę windy w miłej ciszy. Stojąc w windzie czułam na sobie palące spojrzenie Harolda. Odwróciłam się w jego stronę. Po chwili Hazz wciskał już przycisk STOP i winda stanęła między piętrami. Podszedł do mnie powoli z gracją.
-Nie wytrzymałbym drogi do domu-przyszpilił mnie do ściany.-Nie robiłem tego w takim miejscu-zagryzł wargę.
-Postaraj się dotrwać do domu. Nie jestem gotowa na taki spontan. Dobrze wiesz dlaczego-patrzałam mu w oczy.
-Mogę cię chociaż pocałować?-odsunął się trochę. Stanęłam na palcach i namiętnie go pocałowałam. Wyszliśmy z windy kierując się w stronę wyjścia. Złapałam Harrego za mały palec, a ten uśmiechnął się patrząc przed siebie.
-Pozwolisz, że pojedziemy motorem?-spojrzał na mnie gdy wyszliśmy na zewnątrz. Pokiwałam głową patrząc na swoje auto.
-Weźmiesz je jutro-uśmiechnął się.-Wskakuj, mała-usiadł na swoim miejscu.
Stanęliśmy przed jego domem. Był duży i dorównywał wyglądem innym domom na tej ulicy. Weszliśmy do środka. Rozglądałam się po wnętrzu onieśmielona. Korytarz był krótki, a idąc prosto wchodzi się do przestronnego salonu.
-Ten dom jest ogromny-weszłam w głąb.
-To prawda-pokiwał głową.-Taki był plan-usiadł na kanapie rozglądając się. Spojrzałam na niego. Uśmiechnął się lekko i poklepał miejsce obok siebie. Usiadłam nadal skanując salon wzrokiem.
-Podoba ci się?-zapytał gdy przysunęłam się bliżej.
-Wolę niewielkie i przytulne pomieszczenia, ale muszę przyznać bardzo ładnie-uśmiechnęłam się kładąc dłoń na jego udzie. Poczułam jak łapie za mojego kucyka i pociąga w dół. Złożył na mojej szyi pocałunek.
-Uwielbiam jak się uśmiechasz-przyciągnął mnie do siebie i czule pocałował.-Chciałbym żebyś uśmiechała się jeszcze więcej-ponownie mnie pocałował. Wciągnął mnie na swoje kolana z uśmiechem.
-Masz wino?-zapytałam oplatając jego szyję rękoma. Przeniósł mnie na miejsce obok i wstał. Podszedł do dużego barku.
-Białe czy czerwone?-odwrócił się z dwiema butelkami w rękach.
-Czerwone, psze pana-uśmiechnęłam się. Odstawił butelkę z białym winem, wziął dwa kieliszki i wrócił do mnie. Rozlał nam po równo i wręczył mi mój kieliszek. Posmakowałam go nieco i od razu wiedziałam, że Styles ma dobry gust.
-Smakuje?-wziął niewielki łyk i odstawił na stolik.
-Bardzo. Który rocznik?-wzięłam kolejny łyczek.
-Wytrawne z Toskanii. Rok 2009-uprzedził dwa kolejne pytania na ten temat.-Jeżeli mam pić wino to tylko wytrawne-uśmiechnął lekko.
-Jest wyborne, panie Styles-odstawiłam kieliszek na stolik i usiadłam po turecku. Hazz otworzył usta by coś powiedzieć, ale dzwonek do drzwi skutecznie go uciszył. Westchnął głośno i wstał.
*********
Podszedłem do drzwi i otworzyłem je. Przede mną stało dwóch funkcjonariuszów policji w Leeds.
-Pan Styles?-zwrócił się do mnie brunet o głowę niższy ode mnie.
-Tak-wychyliłem się sprawdzając co robi Hope. Siedziała przy kominku przeglądając winylowe płyty.
-Mam dla pana dobrą i złą wiadomość-oznajmił facet dobijający czterdziestki.
-Do sedna panowie-ponagliłem ich.
-W radiowozie siedzi pewien chłopiec. Zadzwonił na policję. Jego mama popełniła samobójstwo.
-Ale dlaczego właśnie mnie to panowie mówią?-wzruszyłem ramionami.
-Ta kobieta zostawiła list-wyciągnął z kurtki kopertę i podał ją mi. Wyciągnąłem list i zacząłem czytać. Z każdym kolejnym zdaniem zaczynałem sądzić, że to jest jakiś żart.
Spojrzałem na radiowóz. Siedział w nim trzyletni chłopiec.
-To nie możliwe...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz