niedziela, 27 lipca 2014

Rozdział 6 "Daddy"

-Harry, co się dzieje?-stanęła obok mnie patrząc na policjantów.
-Dzień dobry-jeden z nich skinął głową ściągając czapkę.
-Co ja mam z nim zrobić?-zapytałem patrząc na chłopca.-Niech go panowie przyprowadzą-poczułem jak Hope łapie mnie za rękę. Nie chciałem żeby się dowiedziała, że spłodziłem dziecko jakiejś dziwce.
-Proszę powiedz mi-przytuliła się do mego ramienia.
-To jest George-wskazałem na trzylatka.-George Styles-wyszeptałem próbując opanować gniew rosnący z każdym krokiem tego chłopca. Puściła moją dłoń i odsunęła się.
-Styles?-zapytała cicho.
-Ma na nazwisko McFly. Jest synem pewnej dziwki, która popełniła samobójstwo, bo jak napisała w liście, nie miała po co żyć. Mały zadzwonił na policję. W liście są także moje dane. Dlatego go tu przywieźli-mówiłem patrząc przed siebie.
-Oto on-funkcjonariusz trzymał przed sobą chłopca za ramiona. Malec wyglądał tak niewinnie przytulając się do dużego misia.
-Hazz, pozwól że ja zacznę-stanęła przede mną.-Cześć mały-kucnęła przed nim.
-Nie jestem mały. Mam jus tsy lata-zrobił obrażoną minkę.
-To prawda. Jesteś już dużym chłopcem-zaśmiała się wesoło.-A czy tacy duzi chłopcy jak ty lubią gorącą czekoladę?-wstała wyciągając do niego rękę.
-Z bitą śmietaną?-zatrzepotał długimi rzęsami.
-Oczywiście! I posypką-zaprowadziła go do domu. Odprowadziłem ich wzrokiem.
-Wiedzą panowie coś więcej na temat tej kobiety?-spojrzałem na nich.
-Niestety nie. Tylko tyle, że nazywała się Lisa McFly. Żadnych dokumentów. Nic. Przykro mi-starszy z nich wzruszył ramionami.
-Ta-machnąłem ręką.-Coś jeszcze?
-Nie panie Styles-oznajmił niski.
-To zmiatajcie-zamknąłem drzwi. Oparłem się o nie i wziąłem głęboki oddech. Zaraz coś rozwalę. Najlepiej czyjś ryj. To by pomogło. Poszedłem do łazienki. Oparłem się o zlew i głęboko oddychałem. Spojrzałem na swoje odbicie w lustrze. Oczy miałem prawie czarne. Wyprostowałem się i uderzyłem w lustro z całej siły. Szkło roztrzaskało się na tysiące kawałków.
-Kurwa!-wrzasnąłem czując ból w dłoni. Do łazienki wpadła Hope. Patrzała na cały ten bałagan, a ja czułem, że rośnie w niej gniew.
-Popierdoliło cię do reszty?-podeszła do mnie i owinęła moją dłoń ręcznikiem.-Padło ci na mózg!-krzyknęła sięgając po apteczkę. Usiadłem na wannie. Nagle w drzwiach pojawił się George. Przytulał do siebie misia.
-Zdajesz sobie sprawę z tego jak go wystraszyłeś?-wyszeptała siadając obok mnie. Obwinęła ręcznik i przemyła wszystkie rozcięcia wodą utlenioną. Wyciągała ostrożnie małe kawałki szkła z mojej ręki.
-Cio sie śtało?-maluch podszedł niepewnie bliżej.-Nić ci nie jeśt tatusiu?-Czy ja dobrze słyszę? Tatusiu?
-Wszystko okej-wymusiłem uśmiech. Tatusiu?!
-Jasna cholera!-krzyknąłem gdy wyciągnęła większy kawałek.-Uważaj co robisz!-wywróciła oczami i przemyła jeszcze raz wszystkie rany.
-Wezmę go do siebie, a ty jedź na ten swój wyścig. Może pomoże ci się uspokoić-owinęła moją dłoń bandażem i wyszła. Odłożyłem apteczkę na miejsce i ja również wyszedłem. Zastałem ich w korytarzu. Hope właśnie zapinała kurtkę Goe.
-Pójdziemy na zakupy, co ty na?-złapała go za rączki.-Kupimy ci nowe ubranka i może jakieś zabawki, co?-uśmiechała się do niego szeroko.
-Weź moją kartę-sięgnąłem po portfel. Wyciągnąłem złotą kartę.
-Nie potrzebuję jej. Mam pieniądze-wyprostowała się i poprawiła ponczo.
-Nalegam-wyciągnąłem do niej kartę.
-Zabierz tą swoją jebaną złotą kartę i tyłek na wyścig-wycedziła.-Tam są tacy jak ty. Może to ci pomoże-wyszła trzaskając drzwiami. Zacisnąłem zdrowa rękę w pięść. Patrzałam na drzwi. Nie rozumiałem do końca o co się tak wścieka. Wyszedłem za nią.
-Ej!-odwróciła się.-O co ci chodzi?-stanęła trzymając Georga za rączkę.
-Nie masz lepszych zajęć?-patrzała na mnie ze wściekłością.
-Coś ty się tak tego wyścigu przyczepiła?!-wywróciłem oczami.
-Bo się kurwa o ciebie martwię!-krzyknęła, wzięła malca na ręcę i ruszył przed siebie.
-Nie pojadę na ten cholerny wyścig!-krzyknąłem. Stanęła lecz wciąż była plecami do mnie.
-To chciałaś usłyszeć?! Proszę bardzo. Masz co chciałaś. Nie pojadę na ten wyścig-patrzałem na nią. Odwróciła się w moją stronę.
-Jedź. Jedź i go wygraj. A jak przegrasz to spotka cię kara-mówiła zachrypniętym głosem.-Jak się skończy masz do mnie przyjechać i powiedzieć zgodnie z prawdą jak ci poszło. Jeżeli zobaczę, że się z kimś biłeś nawet nie przechodź przez próg mojego domu. Chcę widzieć jak się starasz. Chcesz się zmienić? Zacznij od tego-odwróciła się i odeszła.

                                                                         *******

Weszliśmy do ogromnej hali. Półki przechodziły przez całą jej długość. Geo wyrwał mi się i pobiegł do pierwszego rzędu wypełnionego zabawkami.
-Hope!-machnął na mnie rączką. Podeszła do niego. Oczka świeciły mu się z podekscytowania.
-I co maluchu? Podoba ci się coś?-kucnęłam obok przeczesując wzrokiem maskotki. Podał mi dużego zielonego dinozaura.
-Chcesz tego?-podniosłam się. Pokiwał entuzjastycznie główką i przytulił swojego starego misia.-A nie zapomnisz o tym?-zapytałam wskazując brązowego niedźwiadka w niebieskiej bluzce.
-Tobi zawse będzie dla mnie najfajniejsym misiem-przytulił go mocno z dużym uśmiechem.
-Dobrze-zaśmiałam się.-A teraz kupimy jakieś ubranka, dobrze?-wyciągnęłam do niego rękę. Szliśmy między regałami szukając sekcji z ubraniami.
-Well?!-usłyszałam znajomy głos. Odwróciłam się i ujrzałam go.
-Hood!-stanęłam uśmiechając się do niego.-Co ty tu robisz?-przytuliłam go.
-Szukam prezentu dla kuzynki. Za tydzień ma urodzić synka-uśmiechnął się wesoło.
-Hope! Hope!-George podbiegł do mnie z dużym kolorowym samochodem.-A to mogę?-zrobił szczenięce oczy.
-Tak skarbie. Możesz-pogłaskałam go po główce.
-A cóż to za przystojniak? Zaczynam być zazdrosny-uśmiechnął się szeroko kucając przed chłopcem.-Cześć kolego. Mam na imię Calum-podału mu rękę.
-Jeśtem Geo-złapał go za palca i potrząsnął całą ręką.
-Twój?-uniósł jedną brew.
-No coś ty!-zaśmiałam się kręcąc głową.-Syn mojego...-no właśnie. Kogo? Chłopaka, przyjaciela?-Przyjaciela-dokończyłam.
-Styles!-wykrzyczał wesoło podskakując.-Mój tatuś ma na imię Haly i jest najfajniejsym tatusiem na swiecie-malec wymachował rękoma jakby próbując pokazać to jak fajny jest Styles.
-Ten Styles?-spojrzał mi w oczy. Spuściłam głowę.-Jezu Chryste! Hope! Coś ty zrobiła?
Calum przyjaźnił się jakiś czas z Harry'm. W liceum Hazz, Calum i mój brat tworzyli postrach szkoły. Gnębili każdego kto im podpadł. Kujony dobrowolnie oddawały im swoje lunche gdy tylko na nich spojrzeli. Gdy oni kończyli liceum ja miałam 14 lat i Calum był dla mnie wzorem, choć nie powinien nim być. Każdą sobotę poświęcał chłopakom, a gdy w niedziele męczył go kac spędzał ją ze mną. Podobał mi się. Jego zawsze śmiejące się czekoladowe oczy skupione były na mnie w każdą niedzielę. Wiecznie nieułożone włosy stawały się jeszcze bardziej potargane gdy łaskotał mnie, a ja próbowałam go odepchnąć.
-Ja nie prosiłam żeby przyjeżdżał. Przez to co zrobił nienawidziłam go. Nadal żywię do niego nieco urazy, ale stało się co się stało. Nie da się tego odkręcić-wzruszyłam ramionami.
-Hope-spojrzał na mnie przenikliwie.-Co on ci powiedział?-podszedł bliżej.
-Nic mi nie powiedział. Zresztą nie ważne. Nie rozmawiajmy o nim. Chcesz wybrać prezent dla dziecka kuzynki?-zmieniłam temat. Westchnął ciężko i uśmiechnął się.
-Będę chrzestnym. Muszę kupić coś pomysłowego, ale nie drogiego-rozglądnął się dookoła.
-Myślę, że mogę ci pomóc-uśmiechnęłam się i ruszyłam do przodu.-To będzie chłopiec czy dziewczynka?
-Eliot Mark Hill-wyrecytował ze szczerym uśmiechem.
Chodziliśmy po sklepie szukając prezentu dla Eliota i ubrań dla Georga. Wydałam połowę pieniędzy, ale i tak nie miałam co z nimi zrobić. Przecież ileż można mieć ubrań w szafie. Gdy wyszliśmy na parking Calum przystanął.
-Przyjechałaś swoim autem?-zapytał wyciągając kluczki od samochodu.
-Nie. Przyjechałam taksówką. Moje auto stoi pod szpitalem-uśmiechnęłam się lekko.
-Podwieźć cię?-schował torbę z zakupami do bagażnika.
-Jeżeli możesz-włożyłam swoje zakupy i usiadłam na tylnym siedzeniu razem z Geo.
-Gdzie jedziemy?-zapytał malec wdrapując mi się na kolana.
-Do mnie do domu-uśmiechnęłam się do niego. Przytulił się do mnie mocno trzymając przy sobie nową maskotkę.
-A kiedy pzyjedzie tatuś?-zapytał cicho powoli zasypiając.
-Nie wiem, kochanie. Może jutro się z nim zobaczysz-głaskałam go po pleckach. Spojrzałam w lusterko i napotkałam baczne spojrzenie Caluma. Westchnęłam cicho i odwróciłam wzrok na widok za oknem. Robiło się już ciemno i zerwał się mocniejszy wiart.
-Który dom?-bąknął patrząc na drogę.
-Ten-wskazałam swój dom. Cal zatrzymał się i odwrócił w moją stronę.
-Chcesz wejść?-zapytałam cicho. Posłał mi serdeczny uśmiech.
-Pewnie. I tak nie mam planów na wieczór-wysiadł z auta, otworzył mi drzwi i pomógł wysiąść. Trzymałam Georga na rękach gdy wyciągał zakupy. 
-Pomóc ci?-obserwowałam jak męczy się z pięcioma torbami.
-Nie. Poradzę sobie-włożył jedną z nich w zęby. Podeszłam do niego i wzięłam ją od niego. 
-Nie ma za co-zaśmiałam się i ruszyłam w stronę domu. Weszliśmy do środka. Poszłam do pokoju, położyłam malucha do łóżka i przykryłam kołdrą. Ucałowałam go w czoło i wyszłam.
-No no. Hope. Ładnie tu masz, kochana-uśmiechnął się kładąc torby na kanapie. 
-To dom dziadków-weszłam do kuchni.-Masz ochotę na drinka?!-zawołałam wychylając się.
-A co proponujesz?-usłyszałam go tuż obok siebie. Zajrzałam do lodówki. 
-Wódka z colą lub sokiem żurawinowym-odwróciłam się z dwoma butelkami. 
-Cola-uśmiechnął się.-Gdzie masz szklanki?-otwierał wszystkie szafki po kolei.
-W drugiej szafce od zlewu-wskazałam palcem wyciągając wszystkie potrzebne rzeczy z lodówki.-Co powiesz na kanapki?-zapytałam z głową w lodówce.
-Ty tu rządzisz-zaśmiał się. Wyciągnęłam wszystko co potrzebne i położyłam na blacie. Cal zrobił drinki i podał mi jednego.-Za spotkani po latach-stuknęliśmy się szklankami i równocześnie upiliśmy łyk. Zrobiłam kanapki i przenieśliśmy się do salonu.
-Ile już tu mieszkasz?-zapytał sięgając po przekąskę. Zastanowiłam się chwilę. 
-Około dwóch lat-upiłam kolejny łyk trunku czując jak ciepło rozlewa się po moim żołądku.-A ty? Mieszkasz w Manchesterze?-kiwnęłam na niego głową.
-Nie wiem czy można to nazwać mieszkaniem-roześmiał się. Dopiero teraz przypomniało mi się, że należy do zespołu.-Mamy mnóstwo koncertów. Trasa się rozkręca. Teraz mamy akurat tydzień wolnego więc przyjechałem do rodziny-uśmiechnął się.
-Dacie jakiś koncert tu?
-Jasne. Nawet dwa-wyszczerzył się.-Przyjdziesz?-poruszył zabawnie brwiami. Podrapałam się po głowę nieco zakłopotana.
-Em...chciałabym, ale po tych zakupach nie mam pieniędzy-spuściłam wzrok na szklankę, którą trzymałam w dłoni. 
-Ale to nie ma sprawy!-położył mi dłoń na ramieniu.-Załatwię ci vipa. Jesteś prawie jak siostra-poczochrał mi włosy. Roześmiałam się czując rozluźnienie.
-Nie no bez przesady. Wystarczy mi zwykły bilet-uśmiechnęłam się.
-Nie marudź, bo załatwię to inaczej-uniósł jedną brew.
-Ale...-nie zdążyłam dokończy, bo Calum rzucił się na mnie z łaskotkami. Poczułam się jak kiedyś. 
-Przestań!-wiłam się i odpychałam go od siebie, ale nie miałam wystarczająco siły.-Dobrze! Już dobrze! Przyjmę tą wejściówkę!-momentalnie zawisł nade mną i patrzał z szerokim uśmiechem.
-Cieszę się-wyszeptał, a jego oddech owiał moją twarz. O Matko Przenajświętsza dlaczego on musi tak na mnie patrzeć. 
-Tęskniłam za tobą, Cal-szepnęłam patrząc mu w oczy. 
-Ja też za tobą tęskniłem, Well. Ja też-zbliżył się. Czułam, że zdarzy się coś o czym marzyłam przez dwa lata. Patrzałam jak zbliża powoli twarz do mojej. Westchnął cicho i pocałował mnie w czoło. Spojrzałam na niego pytająco.
-Chciałbym, ale Styles połamałby mi wszystkie kości-wrócił do pozycji siedzącej.-Wyładniałaś, mała-położył dłoń na moim policzku gdy ja również usiadłam. Przytuliłam twarz do jego dłoni. Tęskniłam za takim delikatnym dotykiem. Ostatni raz czułam ten dotyk pełen uczyć gdy mama żegnała się ze mną przed ich wyjazdem. 
-To boli prawda?-usłyszałam jego przyciszony głos. Spojrzałam na niego. Patrzał na mnie ze współczuciem.-Stracić tylu bliskich-patrzał mi w oczu.
-Tak. Boli, ale jeżeli się o tym nie myśli. Jeżeli żyje się własnym życiem nie jest najgorzej. Niby nie mam nikogo z kim mogłabym pogadać, ale da się żyć. Mam kota. To nieco pomaga-wzruszyłam ramionami. 
-Zawsze umiałaś grać twardą, ale wiem, że to tylko pozory-wskazał na mój nadgarstek.-Znam cię lepiej niż ci się wydaje-złapał mnie za ręce. -Znam cię dłużej niż ten cały Styles. Jestem dla ciebie jak brat, a on? On zabił Michaela. Zranił cię. Cholernie cię zranił!
-Calum-wyrwałam dłonie z uścisku.-O co ci chodzi?-spojrzałam na niego pytająco.
-Próbuję uświadomić tobie, że ten frajer na ciebie nie zasługuje. Po tym co się stało powinien być dla ciebie nikim!-krzyczał patrząc mi w oczy.
-Zamknij się!-zerwałam się z miejsca.-Skąd możesz wiedzieć jaki on jest? Praktycznie go nie znałeś. Zadawaliście się z nim tylko dlatego, że załatwiał wam fajki. Był dla was tylko dostawcą tych gównianych papierosów. Nawet nie staraliście się poznać go. Zapraszaliście go na piwo, bo miał wtyki w klubach. Wykorzystaliście go. Jakim prawem mówisz, że jest frajerem?!-poczułam jak w oczach zbierają się łzy.-Nie masz prawa tak o nim mówić!-łzy złości popłynęły po moich policzkach. Stałam w przedpokoju. Chciałam do niego podejść i uderzyć go w twarz, ale poczułam czyjeś ciepłe dłoni na nadgarstkach, a potem umięśniony tors na plecach. Przytulał mnie mocno do siebie gdy ja rzucałam się jak rozjuszony byk.
-Cii-szepnął.-Już spokojnie, Kitty-pocałował mnie w skroń.
-On nie ma prawa tak o tobie mówić! Nie zna cię tak dobrze jak ja!-krzyczałam dławiąc się własnymi łzami. Broniłam Stylesa pod wpływem impulsu? Czy może jednak było to coś więcej niż impuls? Nie wiem. Nie czułam nic poza złością i smutkiem. 
-Hope, on nie jest ciebie wart. Jesteś dla niego za dobra-kontynuował Calum. W tym momencie wszystkie miłe uczucia do tego chłopaka prysnęły jak bańka mydlana. Wyrwałam się z objęć Harrego i podeszłam do Cala. Zacisnęłam dłoń w pięść i z całej siły uderzyłam go w twarz.
-Skąd ty możesz wiedzieć kto jest dla mnie dobry? Może jeszcze powiesz, że ty?
Otworzył usta żeby coś powiedzieć, ale uciszyłam go ciosem w brzuch.
-Nie waż się nigdy więcej mówić mi co jest dla mnie dobre. Nie jesteś moim ojcem-odwróciłam się i pobiegłam do łazienki.

                                                                               ******

Po tym jak straciłem ją z pola widzenie poszedłem do domu. Uprzątnąłem rozbite lustro w łazience i wziąłszy piwo z lodówki usiadłem na kanapę. Muszę pokazać jej, że się staram aby zatrzymać ją jak najdłużej przy sobie. Spojrzałem na zegarek w telefonie. 18:40. Dopiłem do końca zawartość butelki i zszedłem do garażu. Otworzyłem drzwi i wyjechałem motorem przed dom. Zamknąłem bramę garażową i usiadłem z powrotem z motocykl. 
-No to dziś się wykażesz maleńka-poklepałem motor jak krowę i ruszyłem. Przez cała drogę myślałem jak mi pójdzie. O jaką karę chodziło Hope? I nagle w mojej głowie zrodziły się scenariusze tego co może mi zrobić. To niedożeczne Styles, skarciłem się w myśli. Przecież moja słodka Hope nie byłaby do tego zdolna. Lecz mimo to poczułem jak robi mi się ciasno w spodniach. Dojechałem na wzgórze. Było dużo ludzi, a ja szukałem kasztanowej czupryny Pattie. Stała przy swoim czerwonym vanie z
Pattie
szerokim uśmiechem.

-Cześć braciszku-uścisnąłem ją na przywitanie.-A gdzie ta twoja dziunia?-zapytała szczerząc się.
-Skąd o niej wiesz?-zachowałem spokój. Spojrzała na mnie rozbawiona.-Zayn?-kiwnęła głową.-Zabije gnoja-warknąłem patrząc Pat przez ramię. Stał tam i uśmiechał się chytrze.
-Nie martw się. Nie obchodzi mnie twoje życie prywatne. Możesz być z kim chcesz. Dla mnie ważniejsze jest w końcu wygrać wyścig-wzruszyła ramionami. Otworzyła drzwi vana i wyciągnęła skórzaną kurtkę i kask.
-Wygrasz?-poruszyła brwiami.
-Muszę. Obiecałem to sobie i Tomlinsonowi-usiadłem na motor i czekałem, aż Pattie zrobi to samo. Gdy zasiadła na swoim miejscu ruszyłem na linię startu. Brunetka zsiadła by ubrać wszystko co potrzebne i przywiązać zieloną chustę do słupka stojącego obok nas. Ludzie skandowali imiona zawodników i gwizdali. Obejrzałem się w lewo i zobaczyłem Malika szczerzącego się głupio.
-Tylko się nie popłacz jak przegrasz. Hope na pewno cię pocieszy- poruszył ręką w wymowny sposób, a we mnie krew się gotowała. Spokojnie Harry. On chce cię sprowokować, wziąłem głęboki oddech. Na starcie stanęła blondynka z dwiema flagami. Pat usiadła na swoim miejscu i przytulił się do moich pleców by zwiększyć aerodynamikę podczas jazdy.
-Gotowa?-zapytałem przez ramię. Kiwnęła głową ze ślicznym uśmiechem. Silniki zawarczały, zawodnicy rozgrzewali maszyny przed krótki lecz nieco niebezpiecznym wyścigiem. Flagi opadły i wszyscy ruszyli. Nie byłem ostatni, ale też nie byłem pierwszy. Jechało przede mną około trzech przeciwników. Wyminąłem dwóch bez żadnego problemu, ale pozostał jeszcze faworyt. Zayn spojrzał na mnie i przyśpieszył. Powoli go doganiałem gdy jego nowa zdobycz wystawiła nogę próbując nas odepchnąć. Pat roześmiała się gorzko i kopnęła dziewczynę w piszczel. Ta tylko pisnęła i schowała nogę. Malik pokręcił głową. Podjechał bliżej próbując nas zepchnąć.
-Nie tym razem, alwaro!-krzyknąłem w jego stronę i wszedłem w zakręt. Ominąłem opuszczoną stację benzynową i wyszedłem na ostatnią prostą. Spojrzałem w lusterko. Mulat pojechał za daleko i nie zdążył skręć więc miał większy dystans do pokonania. Czułem smak zwycięstwa. Dojeżdżając do mety jeszcze raz spojrzałem w lusterko. Malik nie był zbyt blisko, ale nie był też daleko. W razie gdyby zachciało mu się mnie dogonić przyśpieszyłem stając na tylnym kole i przejechałem przez linię mety. Zahamowałem, a ludzie otoczyli mnie gratulując. Pattie zeszła z motoru, ściągnęła kask i pocałowała mnie w policzek.
-Brawo młody! W końcu nam się udało!-wykrzyczała radośnie. To wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyłem uświadomić sobie, że moje największe marzenie właśnie się spełniło. 
-Oblejemy to w sobotę. Muszę spadać- spojrzałem na Pat.
-Podziękuj jej-wyszeptała mi do ucha gdy żegnała się ze mną uściskiem. Uśmiechnąłem się szeroko i odpaliłem maszynę. Zawarczała przyjemnie. Ruszyłem w dół zbocza i pognałem autostradą w stronę domu Hope. Chciałem ją jak najszybciej przytulić i podziękować. Stanąłem pod jej domem. Stało tam nieznanie mi auto. Światło w salonie się paliło. Podszedłem do drzwi. Usłyszałem krzyki.
-Co do cholery?-nacisnąłem klamkę i po cichu otworzyłem drzwi. Stałem w przedpokoju przysłuchując się kłótni.
-Próbuję uświadomić tobie, że ten frajer na ciebie nie zasługuje. Po tym co się stało powinien być dla ciebie nikim!-usłyszałem męski krzyk.
-Zamknij się!-usłyszałem jak wstaje.-Skąd możesz wiedzieć jaki on jest? Praktycznie go nie znałeś. Zadawaliście się z nim tylko dlatego, że załatwiał wam fajki. Był dla was tylko dostawcą tych gównianych papierosów. Nawet nie staraliście się poznać go. Zapraszaliście go na piwo, bo miał wtyki w klubach. Wykorzystaliście go. Jakim prawem mówisz, że jest frajerem?!-I wszystko było jasne. Już wiedziałem czyj to krzyk. Znałem ten głos, ale nie mogłem sobie przypomnieć skąd. Wciąż jej nie widziałem, ale słyszałem jak głos jej się załamuje.-Nie masz prawa tak o nim mówić!-stanęła do mnie tyłem. Widziałem, że ciężko oddycha. Chciała się na niego rzuć, ale złapałem ją za ręce i trzymałem przy sobie. Wyrywała się. 
-Cii-szepnąłem jej do ucha.-Już spokojnie, Kitty-próbowałem ją uspokoić. Pocałowałem ją w skroń sądząc, że to coś pomoże. Gdzie tam. Nie pomogło.
-On nie ma prawa tak o tobie mówić! Nie zna cię tak dobrze jak ja!-krzyczała ledwo łapiąc powietrze. Dławiła się własnymi łzami.
-Hope, on nie jest ciebie wart. Jesteś dla niego za dobra-zobaczyłem Caluma. Gdyby nie krzyk Hope nie dowiedziałbym się tak ciekawych faktów. Byłem wykorzystywany przez chłopaka, które niedługo potem zabiłem. Interesujące. Moje zamyślenie pozwoliło Well wyrwać się i podejść do niego. Nie zamierzałem jej powstrzymywać. Skoro chce komuś przywalić to dobrze. Przynajmniej to nie będę ja. Nagle jej drobna piąstka zderzyła się z twarzą Cala. Gdy chciał coś z siebie wykrztusić uciszyła go prawym sierpowym w brzuch.
-Nie waż się nigdy więcej mówić mi co jest dla mnie dobre. Nie jesteś moim ojcem-po tych słowach pobiegła do łazienki.
-Oj Cal, Cal. Żeby doprowadzić dziewczynę do takiego stanu by złamać facetowi szczękę i spowodować trudności z oddychaniem to trzeba być kompletnym idiotą-poklepałem go po ramieniu.-A teraz uważaj-wyprostowałem go.-Jeżeli dowiem się, że zbliżyłeś się do niej na mniej niż pięć metrów wtedy gwarantuję, że wylądujesz na intensywnej terapii. Tkniesz ją palcem to połamię ci wszystkie kości, rozumiemy się?-nie odezwał się.
-Pierdol się. Co ty możesz jej dać? Może tylko tyle co siniaki.
-No nie wytrzymam-wywróciłem oczami.-Mam już dzwonić po karetkę czy grzecznie stąd wyjdziesz?-spytałem spokojnie. 
-Jesteś nikim. Zabiłeś własnego kumpla-kontynuował w progu.
-Spierdalaj, bo nie ręczę za siebie!-kopnąłem go w plecy. Wyleciał na chodnik przed domem lądując na ni twarzą.-Miło było cię znów spotkać, skurwysynu-pomachałem mu i zamknąłem drzwi. Poszedłem do łazienki. Otworzyłem powoli drzwi. Ujrzałem ją siedzącą przy wannie. Płakała. Bardzo mocno płakała. Spojrzałem na jej ręce.
-Jezus Maria. Hope, co ty zrobiłaś?-padłem koło niej na kolana.
-Nie daję już sobie rady-wypłakała.-Ja tu nie pasuję, Harry. To mnie zabija!-trzymała w dłoni zakrwawioną żyletkę. Złapałem za nią.
-Daj mi to-wyszeptałem.-Hope, błagam cię. Oddaj mi to-rozłożyłem jej palce i rzuciłem to ustrojstwo gdzieś za siebie.-Chryste Panie. Hope. Kochanie. Skarbie. Dlaczego? Dlaczego chciałaś mnie zostawić?-przytuliłem ją do siebie.
-On był kiedyś inny. Był jak drugi brat. Pomagał mi. On mi kurwa pomagał z problemami-szlochała.-A teraz? Teraz miałam ochotę wbić mu nóż w serce tak jak on zrobił to mnie. Jak mógł wspomnieć o Michaelu? Dlaczego on to zrobił?-ledwo łapała powietrze.
-Uspokój się-głaskałem ją po włosach.-Oddychaj głęboko. Wdech. Wydech-robiła to co jej kazałem.-To nie powinno się wydarzyć.
Ściągnąłem kurtkę, a potem bluzkę. Rozerwałem ją. Owiązałem jej przedramię. 
-Hope, dlaczego chciałaś...-to słowo nie chciało mi przejść przez gardło.
-Powiedział za dużo. Za dużo myślałam-szeptała wtulona w mój tors.
-O czym myślałaś?
-O tobie. O twoich bliznach. Moich bliznach. Myślałam też o tym jak taki piękny chłopak jak ty mógł się kiedyś ranić. W mojej głowie było pełno myśli. To mnie przerosło. Poczułam się przytłoczona. Mała na tym wielkim świecie. Uważałam to za najprostsze rozwiązanie-głos jej się łamał.
-Chciałaś zostawić to co tu osiągnęłaś tylko dlatego, że jakiś idiota krzyczał to co mu ślina na język przyniesie? 
-Od czasów gimnazjum wszystkie słowa wypowiedziane przez inne osoby zapadają mi w pamięć. Biorę je do serca choć wiem, że nie powinnam. Bardzo łatwo jest mnie zranić. Jestem jak lalka z porcelany. Przy każdym kolejnym upadku pękam.
-Błagam cię. Nie rób tego więcej. Nie próbuj mnie zostawić. Nie poradziłbym sobie gdybyś teraz odeszła-wyszeptałem tuląc ją do siebie.-Hope?-spojrzała na mnie.-Wygrałem-uśmiechnąłem się lekko.
-Brawo. I nikogo nie pobiłeś-uniosła się nieco i pocałowała mnie w policzek.-Wiedziałam, że sobie poradzisz-oparła głowę o moje ramię.-Tam za drzwiami śpi mały karaluch. Jak wracaliśmy pytał kiedy przyjedziesz-uśmiechnęła się słabo.-Możesz go teraz zabrać i jechać do domu na pewno się ucieszy-ciągnęła słabym głosem.
-Chyba żartujesz. Nie zostawię cię samej-oburzyłem się.-Nie pozwoliłbym ci nawet samej spać-wziąłem ją na ręce jak pannę młoda.-Małego położę w pokoju gościnnym, a ty będziesz spała ze mną tutaj-zaniosłem ją do pokoju. Gdy stanąłem na środku zobaczyłem, że George siedzi na łóżku zapłakany. Posadziłem Hope na łóżku.
-Co się stało, mały?-usiadłem koło niego.
-Jakiś pan baldzo ksycał i mnie obudził. Potem kscycał jesce głosniej i się wystlasyłem-wpełzł mi na kolana.-Tatusiu, gdzie byłeś?-zapytał przytulając się do mnie. Siedziałem nieruchomo. 
-Tatuś załatwiał bardzo ważną sprawę-szatynka położyła się na plecach.
-A cio ci się śtało w loncke?-pokazał na zakrwawiony kawałek materiału.
-Skaleczyłam się-pogłaskała go po policzku drugą ręką.-Jesteś bardzo dzielny. Inni chłopcy już dawno schowaliby się w szafie-uśmiechnęła się do niego. Geo otarł mokre policzki i stanął na łóżku opierając dłonie na biodrach.
-Wiem! Bo ja jeśtem jak Śupelmen!-oboje wybuchliśmy śmiechem.
-W nagrodę tatuś zabierze cię jutro na lody-spojrzała na mnie porozumiewawczo.
-A Hope pójdzie z nami-wystawiłem jej język. 
-Harry-spojrzałem na nią. Była blada.-Zimno mi-podniosła się do pozycji siedzącej i objęła się ramionami. Usiadłem koło niej. Trzęsła się.
-Hej,mała. Co ci jest?-potrząsnąłem nią lekko gdy zamknęła oczy.
-Szumi mi w uszach. Jest mi zimno i niedobrze-mówiła wtulając się we mnie
-Zadzwonię po karetkę-wyciągnąłem telefon z kieszeni. Wykręciłem numer i przyłożyłem aparat do ucha.
-Dobry wieczór. W czym mogę pomóc?-zapytał uroczy damski głosik.
-Karetke. Natychmiast-warknąłem czując jak jej oddech staje sie słabszy. 
-Proszę mi najpierw powiedzieć co się stało i podać adres-mówiła spokojnie. Jakby często dostawała telefony od spanikowanych facetów bojących się o życie kobiety.
-Moja...przyjaciółka się pocięła. Straciła chyba dużo krwii-głos mi się łamał. Podałem adres. Ona nie może mi tego zrobić. 
-Proszę unieść krwawiącą kończynę do góry i nie pozwolić by zasnęła. Jeżeli straci przytomność proszę ją ocucić. Karetka będzie najszybciej jak to tylko możliwe-rozłączyłem się i robiłem wszystko to co zaleciła kobieta. 
-Nie zasypiaj, Kitty-klepałem ją po policzku gdy zamykała oczy.-Hope, patrz na mnie-spojrzała na mnie. Jej oczy przybrały kolor jasnego brązu. Wypłowiałego jak narzuta na jej łóżku.
-Tatusiu co się dzieję?-zapytał chłopiec. 
-Hope bardzo źle się czuje. Będziemy musieli jechać z nią do szpitala-mówiłem wciąż trzymając jej rękę w górze.
-A czy będę mógł się pobawić jutlo z tym panem co tu był? Był fajny-przytulił się do mojej ręki. Jakim cudem ten dzieciak może być mój. Przecież nie jest do mnie ani trochę podobny.
-Niestety nie, bąblu-poczochrałem mu włoski. Jak byłem w jego wieku też miałem proste włosy.-Calum wyjechał za granicę i nie wiadomo kiedy wróci-wzruszyłem ramionami. Mały zrobił smutną minę i wyszedł z pokoju. Po kilku minutach do pokoju wpadli sanitarusze z noszami i dużymi apteczkami. 
-Jak długo już krwiawi?-zapytał blondyn.
-Od około piętnastu minut-drugi wziął ją ode mnie i położył na noszach. Rozwiązał materiał i zaczął odkarzać rany.
-Można wiedzieć jakie były powody ku temu by pańska dziewczyna się pocięła?-zapytała kobieta, która była trzecią osobą załogi.
-Pokłóciła się z dawnym przyjacielem. To ją przerosło i stało się-spuściłem głowę chcąć schować łzy. 
-Zna pan może kogoś kto ma tę samą grupę krwii w rodzinie?-zapytała patrząc w jakąś kartkę.
-Ona nie ma rodziny-wyszptałem.
-Och-wyraźnie się speszyła.-Więc bedziemy musieli zrobić panu badanie krwi-zmierzyła mnie wzrokiem. Zapomniałem, że wciąż jestem bez koszulki. Uśmiechnąłem się chytrze i spojrzałem na nią.
-Ode mnie nie możecie pobrać krwi-pokręciłem głową.-Biorę...Brałem narkotyki przez trzy lata-patrzałem jej w oczy.
-Stella rusz się-warknął na nią blondyn.-Ta dziewczyna ma słabą krzepliwość krwi-mówił szybko.
-Pojedzie pan z nami. Proszę się ubrać i wziąć dziecko. Tylko szybko- podeszła do kolegów i wybiegli. Zajrzałem szybko do kartonu z ciuchami. Wyciągnąłem pierwszą lepszą koszulkę i wybiegłem do salonu.
-Chodź, bąblu-wziąłem go na ręce i wybiegłem przed dom. Wsiadłem szybko do karetki i odjechaliśmy. Mały rozglądał się po ambulansie z szeroko rozdziawioną buzią. Trzymałem ją za rękę.
-Harry?-spojrzała na mnie.-Co się dzieje?-rozejrzała się.
-Jest pani w drodze do szpitala. Straciła pani zbyt dużo krwi-mówił spokojnie brunet monitorując jej stan.
-Gdzie jest Calum?-trzymajcie mnie, bo zaraz coś rozwalę.
-Nie ma go. Wyjechał-musiałem skłamać.
-Ale przecież mają nie długo koncert u nas i miałam na niego iść. No cóż. Później do niego zadzwonię i spytam-wzruszyła ramionami.
-Proszę się nie ruszać. Muszę zaszyć pani rany-upomniał ją chłopak.
-Ja cię skąś znam-spojrzałem na niego.-Nie chodziłeś przypadkiem do liceum imienia św. Mateusza?-podniósł na mnie wzrok.
-Harry Styles?-zapytał niepewnie. Kiwnąłem głową.-No i kto tu jest teraz nieudacznikiem?-uśmiechnął się zwycięzko.-Ty wyglądasz jak gość z gangu, a ja pracuje w szpitalu. 1:0 dla mnie, Styles-roześmiał się.
-Przypomnij mi jak masz na imię, bo zapomniałem.
-Connor-uśmiechnął się.
-Mogę już iść spać?-zapytała półgłosem.
-Nie. Nie może pani zasnąć-poklepał ją po policzku gdy przymknęła oczy.

Siedziałem na korytarzu czekając na wieści od lekarza.
-Tato!-krzyknął mały biegnąc w moją stronę.
-Gdzieś ty był urwisie?-wdrapał się na krzesło.
-Dlacego ta pani tak ksycała?-wskazał na któreś drzwi.
-Nie mam pojęcia-wzruszyłem ramionami i upiłem łyk kawy z automatu. Po chwili z sali Hope wyszedł wysoki brunet przed trzydziestką. Zerwałem się na równe nogi.
-Pan Styles?-zapytał podchodząc bliżej. Kiwnąłem głową wyrzucając kubek do śmieci.-Pańska dziewczyna potrzebuje jak najszybciej transfuzji krwi. Jeżeli będzimy czekać zbyt długo dziewczynie może grozić niebezpieczeństwo. Musi pan znaleźć dawcę-położył dłoń na moim ramieniu.
-W jakim jesteśmy szpitalu?-wpadłem na pomysł.
-Bridgewater Hospital. Dlaczego pan pyta?-spojrzał na mnie pytająco.
-Chyba mam dawcę-uderzyłem pięścią w dłoń.-Mogłby pan go chwilkę popilnować-zapytałem pokazując na Georga. Lekarz uśmiechnął się i kiwnął głową. Poszedłem szybkim krokiem do recepcji. 
-Dzień dobry. Mogę panu jakoś pomóc?-uśmiechnęła się do mnie urocza blondyneczka.
-Tak kochanie-zapodałem swój firmowy uśmiech.-Powiedz mi proszę gdzie mogę znaleźć Toma Loyda?-nachyliłem się  nad blatem. Dziewczyna zarumiła się i spojrzała w komputer. 
-Pan Loyd jest teraz w sali 123-zagryzła wargę.
-A wiesz może czy jest bardzo zajęty?-mruknęła cicho i zacisnęła uda. Tak łatwo jest zadziałać na kobiete. 
-Nie. Ma teraz dwie godziny przerwy więc odwiedza pacjentów-pokiwałem głową.
-Dziękuję, piękna-uśmiechnąłem się i odszedłem.
-Przepraszam!-krzyknęła gdy byłem już przy końcu korytarza.-Teraz jest w 125!-uśmiechnęła się. Wystawiłem kciuk w górę i poszedłem go szukać. Dotarłem do odpowiedniej sali. Drzwi były uchylone. Zapukałem lekko i wszedłem do środka.
-Loyd. Musimy pogadać-wlnąłem prosto z mostu. Facet odwrócił się w moją stronę.-Ta sprawa jest pilna-warknąłem próbując go pośpieszyć.
-Frankie. Przyjdę za niedługo-pomachał kobiecie i wyszedł z sali, a ja za nim.
-Czego chcesz, Styles?-oparł się o ścianę ramieniem.
-Pamiętasz, że wisisz mi przysługę?-skrzyżowałem ręce na piersi. Kiwną głową.-Teraz potrzebuję tej przysługi?-przeczesałem włosy skaleczoną dłonią.
Tom Loyd
-Co ci się stało?-wskazał na bandaż.
-Biłem się z lustrem-powiedziałem pośpiesznie.-Jaką masz grupę krwi?
-A-.
-Chodź ze mną-machnąłem na niego ręką.
-Harry. Możesz mi powiedzieć co się stało?-szedł ze mną ramię w ramię.
-Pewna osoba potrzebuje krwi, a nie znam innej osoby, która się zgodzi-wyjaśniłem mijając recepcję. Puściłem dziewczynie oczko gdy podniosła wzrok znad książki. 
-Nie podrywaj Amy. Ona ma narzeczonego-upomniał mnie.
-Mam to w dupie. Jakbym chciał mógłbym ją przelecieć nawet teraz-stwierdziłem obojętnie. Na korytarzu przed salą Hope, Geo zamęczał lekarza jakimś opowiadaniem.
-Jaką ona ma grupę krwi?-podszedłem do niego.
-AB-.-oznajmił wstając.-Co pan profesor tu robi?-podał mu ręke.
-Pan profesor będzie dawcą. Ma A-. Nadaje się.
-Zgadza się pan?-spytał unosząc jedną brew.
-Jeżeli to jej uratuje życie to oczywiście-kiwnął głową.
-Tom, bo ci głowa od tego kiwania odleci-zaśmiał się.
-W takim bądź razie zapraszam za mną, profesorze-młody lekarz wskazał ręką drogę. Usiadłem na krześle i schowałem twarz w dłonie.
-Co się śtało tatku?-wszedł pomiędzy moje kolana i przytulił się do mnie. 
-Chcesz zobaczyć Hope?-wyprostowałem się. 
-Tak!-krzyknął radośnie i stanął na środku korytarza. Podniosłem się i ruszyłem do drzwi.
-Tylko będziesz musiał być bardzo cicho żeby jej nie obudzić-weszliśmy do sali. George wdrapał się od razu na łóżko. Przysunął się do jej boku, położył się i przytulił. Usiadłem na krześle. Zauważyłem jak podnosi rękę i obejmuje chłopca.
-Dziękuję-wyszeptała otwierając oczy.
-Za co?
-Za troskę. Za uczucia. Za to, że się zmieniasz. Bałam się, że coś mu zrobisz, bo trzylatek to duża odpowiedzialność. Nie sądziłam, że masz tyle ciepła w sobie. Będziesz dobrym tatą. Z problemami, ale dobrym-uśmiechnęła się lekko. 
-Hope-złapałem ją za rękę.-To ja tobie powinienem podziękować. Dzięki tobie wiem co to znaczy mieć uczucia tylko dlaczego musiałaś je ze mnie wyciągnąć w tak drastyczny sposób?-zaśmiałem się.-Nigdy nie płakałem podczas seksu. Nie wiem dlaczego wtedy płakałem-wzruszyłem ramionami.
Patrzała na mnie tymi swoimi pięknymi oczkami. Uśmiechała się do mnie najpiękniej w świecie. Mimo bladej twarzy, zszytego nadgarstka i wszystkich przewodów kontrolujących jej stan wokół jej ciała unosiła się jasna aura, którą tylko ja mogłem dostrzec. Była moim aniołem. Bóg zesłał ją do mnie. 
-O czym myślisz?-ścisnęła moją dłoń.
-Jesteś moim aniołkiem zesłanym przez Boga. Nie zauważyłem tego. Gdy zadawałem się z twoim bratem i tym nieszczęśnikiem Calumem coś mnie do ciebie ciągnęło. Byłaś wtedy taka młoda. Gdy siedzieliśmy w salonie, a ty zbiegałaś po schodach do kuchni zamykałem oczy i wdychałem twój zapach unoszący się w całym domu. Pamiętam, że nieraz stałaś za mną za kanapą i czułem twoje drobne dłonie na łopotkach gdy trzymałaś się oparcia i rozmawiałaś z Calem. Chciałem wtedy przeciągnąć cię przez oparcie, usadzić na swoich kolanach, przytulić i szeptać do ucha słodkie słowka. Nie okazywałem tego. Żaden z nich o tym nie wiedział. Powiedziałem tylko Louisowi. Tego samego dnia jak powiedziałem mu o tym przejeżdżając koło waszego domu on robił ci krzywdę-spuściłem głowę.-Michael chwalił nam się tym, że cię...-urwałem. To słowo nie mogło mi przejść przez gardło. Gdy podniosłem wzrok patrzała na mnie skruszona.
-Miałam czternaście lat, ty osiemnaście. Muszę się przyznać, że się ciebie bałam od kiedy po raz pierwszy cię zobaczyłem. Byłeś poważny. Nigdy nie widziałam, że się uśmiechasz. Ubierałeś się na czarno. A gdy na mnie patrzałeś mrużyłesz oczy jakbyś chciał mi coś zrobić. Ale gdy pewnego razu spojrzałam w twoje oczy widziałam cierpienie. Dlaczego wtedy tak cierpiałeś?-głaskała kciukiem moją dłoń.  Zajrzała mi w oczy. Przewiercała moją głowę na wylot. Ucałowałem jej dłoń i uśmiechnąłem się lekko. 
-Hazz, co się wtedy działo?-wyszeptał patrząc na mnie uważnie.
-Wychowywanie się bez matki jest bardzo ciężkie. Zwłaszcza gdy twój ojczym po takiej tragedii upija się każdyn możliwyn alkoholem-wzruszyłem ramionami.
-To na pewno nie jest wszystko-pokręciła głową. 
George wymamrotał coś przez sen i wtulił się w Hope jeszcze mocniej.
-Bił mnie. Poniżał i nie raz próbował molestować. Byłem popychadłem w domu. Po śmierci mamy rodzina się od nas odwróciła. Przestali dzwonić. Mój brat uciekł, a ja zostałem sam z tym alkoholikiem-mówiłem patrząc na nasze dłonie.
-Ale byłeś dzielny i wytrzymałeś-uśmiechnęła się pocieszająco.
-Powiesił się na krawacie w swoim gabinecie-dodałem obojętnie. 
-Co nie zmienia faktu, że byłeś silny-poczułem jej chłodną dłoń na policzku. Podniosłem się z krzesła i usiadłem na skraju łóżka wciąż trzymając ją za rękę.
-Powinnaś odpocząć-uśmiechnąłem się.
-Wolę odpoczywać patrząc na ciebie niż na ścianę-przysunąłem się bliżej.
-Jesteś śliczna-wyszeptałem zbliżając się do niej.
-A ty lubisz bajerować dziewczyny-podniosła się lekko i przywarła ustami do moich. Muskała je delikatnie. Położyłem dłonie na jej policzkach i pogłębiłem pocałunek. Złapała mnie za kark i przyciągnęła do siebie bliżej. Po chwili poczułem jej język na ustach.  Rozchyliłem je, a ona swobodnie zachęciła mnie do swojego tańca. Nasze języki dopełniały się. Chciałem się na niej położyć i całować cały dzień. Ale to nie jest możliwe dopóki nie wyjdzie z tego zasranego szpitala. 
-Chciałabym wrócić do domu. Nie chcę tu być-powiedziała gdy się od siebie odsunęliśmy.
-Będziesz miała transfuzję krwi. Musisz mieć dobre wyniki żeby wyjść-pogłaskałem ją po policzku. Westchnęła smutno i spojrzała mi w oczy.-Pocałuj mnie jeszcze raz-wyszeptałem dotykając jej ust kciukiem. Podniosła się i znów poczułem jej miękkie usta. 
-Całujesz. Najlepiej. Na. Świecie. Maleńka.-Mówiłem pomiędzy pocałunkami. Poczułem jak   wplątuje palce w moje włosy. 
-Poczekaj-szepnąłem, pocałowałem ją i podniosłem się. Wziąłem małego ostrożnie na ręce i położyłem go na kanapie stojącej pod ścianą. Pocałowałem w czoło i wróciłem na swoje poprzednie miejsce. 
-Ale wiesz o tym, że w każdej chwili może wejść lekarz?-założyłem jej luźny kosmyk za ucho. 
-Nie obchodzi mnie to. Chcę pobyć z moim kochankiem-wyszeptała zagryzając wargę. 
-Kochankiem?-uniosłem jedną brew uśmiechając się nonszalandzko. Kiwnęła głową. Zbliżyłem się i przyłożyłem czoło do jej. 
-Przyjaciele z tajemnicą-ucałowałem jej nos, oba policzki. A potem wpiłem się w jej usta. Znów wplotła palce w moje loki. 
-Wiesz, że nie możemy żeby doszło to za daleko?-zapytałem szeptem dysząc.
-Nie chcę żebyśmy odstawiali jakieś orgie-zaśmialiśmy się cicho.-Chcę po prostu poczuć, że nie jestem w tym jebanym szpitalu-szeptała patrząc mi w oczy. Już chciałem ją ponownie pocałować gdy usłyszałem otwieranie drzwi. 
-Hope-rzucił nie zrwacając uwagi na zaistaniałą sytuację.-Jeżeli twój organizm przyjmie krew będziesz mogła wyjść pojutrze do domu-młody lekarz uśmiechnął się do niej odkarzając miejsce w którym wkuje się igła by krew z woreczka płynęła do jej żył.-A jak się czujesz?-położył dłoń na jej ramieniu.
-Jeszcze trochę kręci mi się w głowie, ale poza tym jest lepiej-kiwnęła głową.
-A więc to jest ta piękna dziewczyna, której oddałem swoją krew-w drzwiach pojawił się Tom z szerokim uśmiechem.
-Nie znam słowa żeby wyrazić moją wdzięczność za ten dar-w jej oczach pojawiły się łzy.
-Dziękuj swojemu chłopakowi-mrugnął do mnie.-Zawzięcie walczył żeby mnie przekonać-Loyd uśmiechnął się jeszcze szerzej.-Zdrowiej kochana. Na razie Styles-kiwnął na mnie głową. Uśmiechnąłem się po nosem i złapałem Well za rękę.
-Wszystko będzie dobrze-pocierałem jej kostki kciukiem. Uraczyła mnie pięknym uśmiechem.



Tak wiem miało być na 20, ale byłam na wakacjach i nie było za dużo czasu :) Mam nadzieję, że rozdział się podoba =) I od teraz bardzo bym prosiła żeby osoby, które czytają moje opowiadanie zostawiali komentarze, bo nie wiem czy wam się podoba. Możecie tam pisać co mogę zmienić, podsuwać pomysły na kolejny rozdział i takie tam ;D 

                                                 CZYTASZ=KOMENTUJESZ

czwartek, 3 lipca 2014

Rozdział 5 "It's impossible..."

Ciepłe strugi wody spływały po naszych ciałach. Harry wcierał kokosowy żel pod prysznic w moje plecy.
-Już wiem dlaczego w łazience unosi się zapach kokosa-zaśmiał się. Masował delikatnie moje ramiona. Czując jak moje ciało się rozluźnia westchnęłam zadowolona. Było mi dobrze. Ale wiem, że za chwilę się to skończy. Harry wróci do swojego mrocznego życia pełnego  przemocy, narkotyków, alkoholu i cierpienia. Na moim sercu zacisnęła się dłoń gdy pomyślałam o tym ile musiał wycierpieć przez brata. Ile musiał przejść. A przede wszystkim przez co musiał przebrnąć. Mam w głowie tyle pytań, które chciałabym mu zadać, ale nie chcę by znów czuł przygnębienie i smutek.
-O co chcesz mnie zapytać?-odwróciłam się w jego stronę i spojrzałam na niego pytająco. Uśmiechnął się szeroko przytulając mnie do swojego ciepłego ciała. Jego ramiona wydają się takie bezpieczne, ale w rzeczywistości pewnie już wiele osób nimi podduszał. Wzdrygnęłam się na samą myśl o jego agresywnej stronie.
-Pytaj. Odpowiem na wszystkie gnębiące cię pytania-oparł się o ścianę kabiny wciąż trzymając mnie w ramionach.
-Ale najpierw się ubierzmy-pstryknęłam go w nos i wyszłam spod prysznica. Owinęłam się szczelnie ręcznikiem wycierając włosy drugim. Stanęłam przed szafą. Przypatrywałam się jej próbując znaleźć jakieś ubrania.
-Standardowy problem kobiety po kąpieli?-usłyszałam cichy śmiech Stylesa. Wystawiłam mu język. Sięgnęłam po pierwsze lepsze ciuchy i wróciłam do łazienki. Wysuszyłam włosy, wyprostowałam je i związałam w kucyk. Zrobiłam delikatny makijaż i wyszłam gotowa z uśmiechem. Lokers siedział na łóżku w ręczniku przewiązanym w pasie.
-Dlaczego się nie ubrałeś?-zapytałam podnosząc ubrania z podłogi. Były wszędzie. Spodnie chłopaka były pod drzwiami, a koszulka na biurku.
-Nie mam w co się ubrać-wzruszył rozbawiony ramionami.
-Twoje ubrania leżą porozwalane po podłodze, a ty mi mówisz, że nie masz w co się ubrać?-zapytałam rozbawiona. Przytaknął głową z chytrym uśmiechem. Rzuciłam w niego ubraniami, które pozbierałam z podłogi i wyszłam do kuchni.
-Za dziesięć minut widzę cię uszykowanego w salonie!-krzyknęłam stając przed drzwiami kuchni. W odpowiedzi usłyszałam prychnięcie i pchnęłam drzwi. Zaczęłam przygotowywać jakieś skromne śniadanie. Gdy stawiałam przyszykowane kanapki i herbatę na stole do kuchni wszedł Harry ubrany w jakieś ciuchy Michaela.
-Po co ten kapelusz?-oparłam się o blat zajadając paprykę. Wzruszył ramionami.
-Fajny jest-poprawił nakrycie głowy i usiadł przy stole.-Te kanapki wyglądają niesamowicie pysznie-potarł dłonie i wziął jedną do ręki.-A ty nie jesz?-zapytał i ugryzł kawałek.
-Nie. Nie jestem głodna-uśmiechnęłam się blado. Przyjrzał mi się uważnie. Miałam wrażenie, że wdziera mi się do umysłu.
-Siadaj-odsunął dla mnie krzesło.-Miałaś do mnie jakieś pytania-uśmiechnął się zachęcająco. Odwzajemniłam uśmiech i usiadłam.
-Ale odpowiem tylko na trzy-wziął kolejny gryz kanapki. Złapałam kubek w obie dłonie by nieco je ogrzać. Wpatrywałam się przez jakiś czas w parę ulatującą z gorącego napoju. Dziś jest nadzwyczaj zimno.
-Hope-poczułam jego dłoń na swoim nadgarstku. Potrząsnęłam głową. Spojrzałam na niego. Wciąż jadł. Z talerza znikały kanapki.
-Możesz mnie pytać. Jestem do twojej dyspozycji-uśmiechnął ciepło. Bił od niego dobry humor. Nie wiedziałam od czego zacząć żeby go nie popsuć.
-Dlaczego bierzesz narkotyki?-Czy to nie zbyt ostre pytanie na sam początek? Sądząc po jego minie to chyba tak. Patrzał na mnie jakby zobaczył ducha. Przełknął to co miał w ustach i przeczesał włosy. Wzruszył ramionami.
-Dlaczego mi nie odpowiesz?-patrzałam na niego chcąc zgadnąć o czym myśli w tej chwili.
-Sprawiają, że zapominam. Czuję się wolny-mówił cicho. Spojrzał na mnie, a w jego oczach rodziło się coś czego nie widziałam. Poczucie winy.
-Louis też jest przeciwny temu, że ćpasz. Mówił mi, że gdy dowiedział się, że bierzesz to go pobiłeś. Dlaczego?-ścisnęłam kubek mocniej.
-Straciłem kontrolę. Bałem się. Nie chciałem, żeby powiedział Malikowi. Wtedy to ja leżałbym na ziemi ledwo oddychając-jego oczy stawały się coraz ciemniejsze. -Zostało ci jedno pytanie. Dobrze je wykorzystaj-uśmiechnął się krzywo. Spuściłam głowę w dół, a kucyk spadł na moje ramię.
-Byłeś kiedyś zakochany?-wyszeptałam nieśmiało zachrypniętym głosem. Usłyszałam jak wstrzymuje oddech. Stąpam po cienkim lodzie, a i tak chcę iść dalej. Zauważyłam, że zacisnął dłonie w pięści.
-Nie odpowiadaj jeśli nie chcesz. To tylko pytanie-starałam się go uspokoić. Położyłam dłoń na jego pięści.
-Hazz, spójrz na mnie, proszę-rozluźniłam jego uścisk próbując złapać go za rękę.-Spójrz na mnie, do cholery-warknęłam. Chciałam zwrócić na siebie jego uwagę. Nic nie działało. Wstałam ze swojego miejsca i wślizgnęłam się na jego kolana siadając na nim okrakiem.
-Jeżeli na mnie nie spojrzysz i nie porozmawiasz ze mną to wyjdę i nie będziesz musiał tego słuchać-podniósł głowę i zajrzał mi głęboko w oczy. Położył dłonie po obu stronach mojej twarzy i pocałował zachłannie. Całował mnie jakby bojąc się, że zniknę. Zachłannie i rozpaczliwie. O co tym razem chodzi? Podświadomość siedziała skulona na czerwonej kanapie trzęsąc się ze strachu.
-Harry-próbowałam się od niego odsunąć, ale przysunął mnie do siebie trzymając z dużą siłą. W końcu wplotłam palce w jego włosy wystające spod kapelusza i odsunęłam jego głowę.
-Uspokój się!-krzyknęłam gdy próbował ponownie mnie pocałować. Wyrwałam się z jego uścisku i wstałam.
-Co ci się stało?-zapytałam patrząc na jego oczy.-Masz czarne oczy. Nie lubię gdy są czarne. Nie panujesz wtedy na sobą-oznajmiłam łamiącym się głosem. Dlaczego chce mi się płakać? Przecież ta sytuacja nie jest tego warta. Pojedyncza łza spłynęła po moim policzku. Otarłam ją szybko wierzchem dłoni. Styles zerwał się z miejsca i wyszedł z kuchni. Potem usłyszałam tylko trzask drzwi frontowych. Pobiegłam za nim. Gdy stanęłam na ganku wsiadał do samochodu. Podbiegłam do drzwi od strony kierowcy i zapukałam w szybę. Otworzył ją nie patrząc na mnie.
-Dlaczego reagujesz tak gwałtownie? Nie umiesz już porozmawiać jak normalny człowiek?-zapytałam czując jak pod powiekami zbierają się łzy. "Nie płacz! Co ci to da?" podświadomość wymachiwała rękoma.
-Przepraszam-wychrypiał.-Nie powinien był tak reagować. Ale ten temat jest dla mnie tematem tabu. Tematem, o którym nigdy nie będę z nikim rozmawiać-zamknął okno i odjechał. Stałam patrząc jak pojazd się oddala. Gdy straciłam go już z oczu ruszyłam w stronę domu. Usiadłam na schodach. Wyciągnęłam telefon z zamiarem napisania esemesa.

                                                                     *****************

Wskazówka na liczniku prędkości przekraczała 220 km/h. Usłyszałem dźwięk telefonu. Esemes. Pierdolony esemes. Wiedziałam od kogo. Dlaczego uciekłem? Sam nie wiem. Poczułem, że to zabrnie za daleko. Że coś się stanie. Zwolniłem nieco i sięgnąłem po telefon.
 Zatrzymałem się na poboczu. Wysiadłem z auta i oparłem się o drzwi. Wykręciłem dobrze znany mi numer i przystawiłem aparat do ucha. Jeden sygnał, drugi, piąty.
-Słucham?-odezwał się męski głos.
-O której jest wyścig?
-Nie pojedziesz na niego.
-Nie będziesz mi mówił co mam robić, Malik. Nie jesteś moim ojcem-rozłączyłem się. Wykręciłem jeszcze jeden numer.
-Czego?-usłyszałem chłodne powitanie.
-Jedziesz?-zapytałem.
-O której?
-Bądź o 19 na wzgórzu-zakończyłem rozmowę. Trzymając telefon w dłoni zastanawiałem się czy nie zadzwonić do Hope. Potraktowałem ją jak... no właśnie. Nie znam nawet takiego słowa. Wsiadłem do samochodu i oparłem głowę na kierownicy. Dlaczego to musi być takie trudne, pomyślałem biorą głęboki oddech. Odpaliłem silnik i ruszyłem w stronę domu. Wymijałem wolniejsze samochody, które trąbiły na mnie. 

Wjechałem do garażu. Zauważyłem znajomy motor obok swojego. Westchnąłem ciężko. No to się zacznie, pomyślałem.Ruszyłem na starcie z Goliatem, które jak zwykle wygram. 
-Cześć Zayn-krzyknąłem w drzwiach. Nikt się nie odezwał. Wszedłem do salonu. Leżał na kanapie podrzucając piłkę. 
-Siema młody-podniósł się do pozycji stojącej.-Nieźle załatwiłeś Louisa-uśmiechnął się złośliwie. Zacisnąłem dłonie w pięści chcąc mu przywalić, ale musiałem się opanować. Ma mocno fioletowego siniaka pod okiem po imprezie. Hope musiała to oglądać. Musiała patrzeć jak bije Zayna, Louisa i tego chłopaka, który się do niej przystawiał. Widziała do czego jestem zdolny, a i tak chciała przebywać w moim towarzystwie. Inni zazwyczaj uciekają. 
-Zaliczyłeś ją, przyznaj się-wstał i podszedł do mnie. Nic nie odpowiedziałem.
-Wiedziałem! Wiedziałem, że umiesz! Brawo, młody!-poklepał mnie po ramieniu. 
-Powiesz jeszcze jedno słowo na temat Hope, a poprawie ci tego siniaka i podaruję w gratisie drugiego-wysyczałem. 
-Niezła jest. Sam mógłbym ją wypieprzyć. Musi być w tym dobra. I ta pupa-wykreślił w
powietrzy kształt kobiecych bioder.-Musi byś słodka jak dochodzi. I smakować też musi nieziemsko. Takich to ze świecą szukać.
-Odpierdol się od niej. Chyba, że chcesz wylądować w szpitalu na oiomie-roześmiał się ironicznie.
-Ty mi grozisz? Wielki Harry Styles, którego dziewczyna uspokoiła podczas napadu mi grozi!-zaklaskał śmiejąc się w niebo głosy. 
-Wypierdalaj, bo nie ręczę za siebie-warknąłem. Ruszył w stronę drzwi. 
-Wyścig jest o 20. Nie wiem po co chcesz jechać, ale powodzenia życzę, młody-rzucił piłkę za siebie i wyszedł. Wywróciłem oczami i ruszyłem do kuchni. Wyciągnąłem z lodówki butelka piwa. Otworzyłem ją i pociągnąłem dużego łyka. Wróciłem do salonu, rozsiadłem się wygodnie na kanapie i włączyłem telewizor. Usłyszałem dzwonek telefonu. Z niechęcią wyciągnąłem go z kieszeni. Nie patrząc na wyświetlacz odebrałem.
-Słucham?-rzuciłem oschle wciąż patrząc na ekran. W odpowiedzi usłyszałem głośny szloch. Oderwałem telefon od ucha i spojrzałem na kontakt.
-Co się stało?-spytałem spokojnie.
-Louis...-wyszeptała. Serce momentalnie podeszło mi do gardła.
-Co Louis?-ponagliłem ją. Usłyszałem kolejny szloch.
-Ledwo przeżył tę noc. Podłączyli go do respiratora, bo przestał sam oddychać-mówiła łamiącym się głosem.
-Gdzie jesteś?
-Harry...-jęknęłam rozpaczliwie.
-Gdzie jesteś do jasnej cholery?!-krzyknąłem zrywając się z kanapy.
-Bridgewater Hospital-wyszeptała drżącym głosem.
-Nie ruszaj się stamtąd. Zaraz będę. Czekaj na mnie przy wejściu-rozłączyłem się i wyprowadziłem pospiesznie motor z garażu. Wsiadłem na niego i popędziłem do wyznaczonego szpitala.

Stała przed wejściem. Obejmowała się ramionami by nie dopuścić do siebie zimnego wiatru smagającego jej drobne ciało. Gdy podszedłem bliżej zauważyłem, że miała rozmazany makijaż i spierzchnięte usta. Patrzała na mnie zapłakana. Stanąłem na przeciw niej. Spuściła głowę, a kucyk opadł jej na ramię.
-Nie płacz-rozłożyłem ręce, a Hope od razu przyległa do mnie całym ciałem. Przytuliłem ją mocno, ale nie przestawała szlochać.
-Ci-głaskałem ją po głowie.-Już cichutko-podniosłem jej podbródek do góry i starłem czarne łzy.-Wszystko będzie dobrze-pocałowałem ją w czoło. Stanęła na moich stopach i schowała twarz w zagłębieniu mojej szyi. Przycisnąłem ją do siebie jeszcze mocniej.
-Nie płacz, Kitty. Wyjdzie z tego-sam sobie nie wierzyłem.
-Gdy tu jechałam myślałam, że uda mi się zobaczyć jak się uśmiecha. A tym czasem o walczy o życie-wychrypiała.-Prawie go zabiłeś!-poczułem uderzenie w plecy.-Chciałeś go zabić! Dlaczego musisz być taki okrutny?!-dławiła się swoimi łzami.-Dlaczego to robisz?-wyszeptała. Nogi jej się ugięły. Gdybym nie trzymał jej w ramionach na pewno by upadła.
-Znasz prawdę, Hope. Nie wmawiaj sobie głupot-wyszeptałem jej do ucha.-Dobrze wiesz, że nie chciałem mu zrobić krzywdy. Przestań gadać bzdury. Uważasz, że potrafię tylko zabijać?-odsunąłem ją na długość ramion. Patrzała na mnie wystraszona.
-Na prawdę tak sądzisz?-odwróciła wzrok.-W takim bądź razie, miło było cię poznać Hope-odsunąłem ją całkowicie, odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę motoru.
-Wcale tak nie uważam!-krzyknęła gdy na niego wsiadałem.-Nie jesteś zabójcą! Ty jesteś chory! Masz problemy! Ale nie chcesz dać sobie pomóc! Tak uważam!-kucnęła na ziemi i schowała twarz w dłonie. Wstałem z motoru i podszedłem do niej. Kucnąłem przed nią i przyłożyłem policzek do jej.
-Ty też masz problem. I to duży. Chcesz pomóc wszystkim dookoła, a krzywdzisz sama siebie. To nie jest normalne. Ludzie z takim problemem też są uważani za chorych. I ty mi mówisz, że to ja jestem chory?-szeptałem jej do ucha. Jęknęła gdy dotknąłem jej szyi ustami.-Oboje jesteśmy chorzy. Wolę być chory z tobą niż z kimś innym-stwierdziłem, a Hope upadła na kolana i przysiadła na piętach. Patrzała ma mnie jakby zobaczyła ducha.
-Chodź ze mną do domu. Jesteś zmęczona i trzęsiesz się z zimna-podniosłem się i wyciągnąłem do niej rękę. Chwyciła ją. Pociągałem ją do góry i wpadła wprost w moje ramiona.
-Nie mogę. Muszę tu zostać. Lou może się w każdej chwili obudzić-odsunęła się. Poczułem nieprzyjemny chłód gdy nie było jej przy mnie.
-Zostań ze mną-wyszeptała obejmując się ramionami. Pokręciłem głową.
-Nie mogę-spuściłem głowę.

                                                                         **********

Widziałam wyraźnie co się z nim dzieje. Miał wyrzuty sumienia. Nie chciał zostać, bo się bał. Nie miał odwagi spojrzeć na swojego najlepszego przyjaciela, którego pobił prawie na śmierć.
-Jeżeli z tobą pojadę to porozmawiasz ze mną?-zapytałam kładąc palec na jego klatce. Westchnął ciężko gdy pojechałam nim niżej, przez umięśniony brzuch do momentu, w którym zaczynają się spodnie.
-Porozmawiasz czy mam cię jakoś zachęcić?-obrałam inną taktykę. Złapałam go za koszulkę i przyciągnęłam do siebie.
-Porozmawiasz?-przytuliłam się do niego. Położyłam brodę na jego klatce, a ręce włożyłam do tylnych kieszeni jeansów. Zagryzł dolną wargę gdy zacisnęłam je na jego pośladkach.
-Porozmawiam tylko przestań mi to robić. Oboje dobrze wiemy jak to się może skończyć, a seks na zgodę mi nie odpowiada-roześmiał się i objął na w tali dociskając do siebie. Poczułam jego nabrzmiały członek na podbrzuszu.
-Widzisz co ze mną robisz?-uśmiechnął się filuternie i założył niesforny kosmyk moich włosów, który uciekł z kucyka, za ucho.
-Pani Chapman?-usłyszeliśmy damski głos i gwałtownie odsunęliśmy się od siebie. Odwróciłam się i ujrzałam kobietę o ognisto rudych lokach po trzydziestce.
-Słucham?-próbowałam stłumić śmiech gdy jej twarz wykręciła się w grymasie dezaprobaty.
-Em...pani...narzeczony się obudził-patrzała na Harrego gniewnie.On natomiast spojrzał na mnie pytająco.
-Narzeczony?-spytał bezgłośnie. Roześmiałam się cicho. Złapałam Stylesa za rękę, a on splótł nasze palce.
-Inaczej by mnie nie zabrali-wyszeptałam gdy szliśmy za pielęgniarką.
-Jak on się czuje?-zapytał gdy jechaliśmy windą.
-A pan kim jest?-zmierzyła go wzrokiem.
-Bratem-powiedział z powagą.-Nie rodzonym. Przyszywanym-wyjaśnił gdy patrzała na niego badawczo.
-Lekarz państwu wszystko wyjaśni-pokazała ręką żebyśmy wysiedli.-Sala 124-wymusiła uśmiech i odwróciła się w drugą w stronę.
-Nie ładnie jest zdradzać-zaśmiał się cicho i klepnął mnie w pupę. Złapał mnie za nadgarstek i delikatnie pchnął na ścinę. Przygwoździł mnie całym swoim ciałem. Rozejrzał się na boki czy aby na pewno nie ma nikogo na korytarzu. Jedną rękę położył na moim biodrze, a drugą trzymał obie moje dłonie nad głową.
-Twoje zagranie nie było fair, Hope-wyszeptał przesuwając rękę z biodra na pośladek. Zacisnął ją, a z moich ust wydobyło się mruknięcie. Poczułam jak jego zwinna dłoń wdziera się w moje spodnie. Kompletnie nie wiedziałam co robić. Z jednej strony czekałam na jego następny ruch, a z drugiej chciałam żeby przestał.
-I co ja mam z tobą zrobić, maleńka?-odsłonił moje majtki i zjeżdżał coraz niżej. Rozsunął moje nogi kolanem. Pochylił się delikatnie i po chwili poczułam jego długie palce przy mojej kobiecości. Westchnęłam głośno gdy jeden palec delikatnie się we mnie wsunął.
-Harry-jęknęłam i odchyliłam głowę w bok. Jego pokaźna erekcja wbijała się w moje biodro.
-Och, słodka będzie moja zemsta, piękna-pocałował mnie w szyję. Zginał i prostował palec doprowadzając mnie do szaleństwa. Mój oddech momentalnie przyspieszył. Jęczałam cicho tuląc twarz w jego pierś.
-Hazz-sapnęłam gdy dołożył drugi palec. Nie czułam już kolana między swoimi nogami co oznaczało, że stoi dokładnie na przeciwko mnie. Otarł się kroczem o moje i zagryzł wargę. Nie zaprzestał czynności wykonywanych palcami prowadząc mnie coraz wyżej. Oddychałam coraz głośniej co jakiś czas pojękując.
-Harry-jęknęłam będą na krawędzi. Wystarczy jeden ruch by doznać spełnienia, ale jego dłoń przesunęła się znów na mój pośladek. Otworzyłam szeroko oczy rozumiejąc o co chodziło.
-To jeszcze nie koniec, mała-wyjął rękę i oblizał palce. Skrzywiłam się.
-Jesteś okrutny-wychrypiałam wciąż dysząc. Uśmiechnął się triumfalnie.
-Taka już moja natura panno Chapman-wyszeptał mi do ucha przygryzając płatek.-Dokończymy kiedy indziej, bo obawiam się, że ktoś mógł usłyszeć pani rozkoszne jęki. Są one muzyką dla mych uszy, ale inni mogą ich nie tolerować-uśmiechnął się chytrze i puścił moje ręce. Gdy opadły swobodnie wzdłuż mojego ciała wpadłam na pewien pomysł. Złapałam go mocno za wciąż odznaczającego się kolegę i zacisnęłam dłoń. Jęknął szeroko otwierając oczy.
-Nie grzecznie z twojej strony, mój drogi. Zadarłeś z nieodpowiednią osobą-poruszyłam ręką w lewo i w prawo. Zawarczał zaciskając usta w cienką linijkę. Jego oczy stały się ciemniejsze, ale nie był zły. Powtórzyłam kilka razy owy ruch i znów zacisnęłam na nim dłoń tylko nieco mocniej.
-Chciałeś mnie ukarać?-wyszeptałam patrząc na jego twarz. Brwi wysoko uniesione, czoło zmarszczone, oczy otwarte i skupione na moich ustach, usta wygięte w dziwny grymas.
-Niestety ja też mogę cię ukarać za to brzydkie zagranie. Mogę sprawić, że doznasz najlepszego orgazmu w całym swoim życiu albo mogę poczekać i dręczyć cię w twoim łóżku godzinami sprawiając, że nie dojdziesz ani razu. Co wybierasz, Harry? Twój wybór, słodki-zagryzłam wargę i znów poruszyłam dłonią. Jęknął przeciągle.
-Dom. Dom. Wybieram dom-zamknął oczy.
-Jesteś pewny?-pokiwał głową, a ja zabrałam dłoń.
-Możesz być pewna, że nie będziesz mogła chodzić przez tydzień, kochana-przyparł mnie do ściany całym ciałem dysząc ciężko.
-Mogłeś wybrać opcje numer jeden-ugryzłam go w szyję. Jęknął gdy otarłam się o jego rozporek.
-Nie mogłem. Musiałbym wtedy zabrać cię do domu i się odwdzięczyć, ale lekarz bardzo by się zdziwił, że nie doszliśmy-urwał chichocząc cicho.-Do sali. W tym wypadku musiałbym znaleźć miejsce tu, w tym szpitalu by móc cię zerżnąć jak dziki, a tego nie chcę-wyszeptał zachrypniętym jak zawsze głosem. Zabrzmiało to jak obietnica.
-Nawet nie wiesz jak bardzo chciałbym żebyś tak cichutko pojękiwała prosto do mojego ucha. Na prawdę lubię gdy to robisz, choć słyszałem dopiero kilka razy-pocałował mnie delikatnie w usta. -Wciąż masz suche usta od płaczu-stwierdził i po chwili znów poczułam jego wargi na moich. Próbował utorować sobie drogę muskając językiem moje usta. Po chwili pocałunek przerodził się w bardziej namiętny.
-Nie wytrzymasz, Harry-wyszeptałam między pocałunkami.
-Postaram się-uśmiechnął się lekko i złapał mnie za rękę. Pociągnął za sobą do sali, w której leżał Tomlinson. Stanęłam przed drzwiami obudzona do rzeczywistości.Zaraz zobaczę obitą twarz Louisa, a Hazz będzie stał obok dręczony wyrzutami sumienia. Mimo tej maski, którą się zakrywa jest wrażliwy i pełen obaw. Ścisnęłam jego dłoń, a on chwycił za klamkę i wszedł do środka ciągnąc mnie za sobą. Stanęliśmy przed łóżkiem. Louis otworzył oczy słysząc zamykające się drzwi. Respirator stał obok, a rurka która jeszcze nie dawno podtrzymywała go przy życiu zwisała z wózka. Uśmiechnął się patrząc na mnie.
-Cześć Tommo-podeszłam bliżej i usiadłam na skraju łóżka puszczając przy tym dłoń Stylesa.-Jak się czujesz?-położyłam dłoń na jego nodze.
-Jakby przejechał po mnie walec i przebiegło stado koni, ale jest okej-wykrzywił usta w coś co miało przypominać uśmiech.
-Witam-usłyszałam męski głos od strony drzwi. Odwróciłam się, a za Harrym stał mężczyzna w białym fartuchu. Podszedł bliżej uśmiechając się do mnie.
-Dzień dobry panie doktorze-odwzajemniłam uśmiech wstając.
-Pani jest narzeczoną pana Tomlinsona?-stanął przy drugim boku łóżka.
-Jeżeli mam być z panem całkowicie szczera to nie-spuściłam głowę patrząc na swoje buty.
-Mhm-wymruczał patrząc w kartę pacjenta.-Czyli wymówka?-spojrzał na mnie z rozbawieniem. Pokiwałam głową. Podniosłam wzrok na Harrego. Patrzał  na swojego przyjaciela, a w oczach miał łzy. Zacisnął pięści i jedna samotna łza spłynęła po jego twarzy.
-Harry-szepnęłam podchodząc do niego. Położyłam dłonie na jego policzkach. Spojrzał na mnie z bólem wymalowanym na twarzy. Miałam wrażenie, że jego skamieniałe serce mięknie.
-Przepraszamy na moment-złapałam go za dłoń i wyprowadziłam na korytarz. Przyparłam go do ściany.
-Spójrz na mnie-ujęłam jego twarz w dłonie.-Nie musisz tego robić. Nie musisz tam wchodzić jeżeli nie chcesz-głaskałam jego policzki kciukami.
-Gdy zobaczyłem jak się do ciebie uśmiecha przypomniało mi się jak byliśmy w liceum. Wszędzie razem. Nierozłączni. A teraz? Teraz praktycznie nie wiem co się z nim dzieje. Jak się czuje. Co robi w ciągu dnia. Nie wiem o nim nic. Jesteśmy dla siebie coraz bardziej obcy. Olewałem to. Myślałem, że tak po prostu musi być. Ale po tym co się stało. Po tym jak go prawie zabiłem zrozumiałem jedno-przerwał i otarł spływające łzy.-Straciłem najlepszego przyjaciela przez jakieś cholerne narkotyki-zaczął uderzać tyłem głowy o ścianę. Dopiero teraz zauważyłam, że nie ma kapelusza. Złapałam go za włosy z tyłu próbują ochronić przed twardą powłoką.
-Nie straciłeś go. Możesz to jeszcze naprawić. Będzie dobrze, Hazz-przytuliłam się do niego. Schował twarz w moje włosy cicho płacząc.
-Harry, pamiętaj jedno. Masz mnie. Zawsze będę tu żeby ci pomóc. Tyle chociaż mogę ci obiecać-odsunęłam się od niego.-Nie jesteś złym człowiekiem. Zadajesz się po prostu ze złymi ludźmi, ale ja nie mogę ci zabronić spotykania się z nimi. Jesteś dorosły i sam powinieneś wiedzieć co jest dla ciebie najlepsze-uśmiechnęłam się lekko ocierając mokry policzek chłopaka.
-Ty-wyszeptał łapiąc mnie za rękę i kładąc z powrotem na swoim policzku.-Twój dotyk. Tak delikatny jak skrzydła motyla. Twój głos będący czymś czego mógłbym słuchać cały czas. Twój śmiech. Ten słodki śmiech. I uśmiech, który tak rzadko widnieje na tej pięknej buźce. Jesteś moim najlepszym-wyznał patrząc prosto w moje oczy. Nie do końca rozumiałam o co chodzi, ale powoli przyswajałam do siebie te słowa.
-Co próbujesz przez to powiedzieć?
-Że cię potrzebuję. Potrzebuję cię, Hope-z jego oczu znów popłynęły łzy.-Chcę się zmienić. Dla ciebie. Dla niego-pokazał palcem na drzwi. Uśmiechnęłam się do niego i ponownie przytuliłam.
-To nie będzie proste. Będziesz musiał to dokładnie przemyśleć, ale teraz chodź. Porozmawiasz z nim-splotłam nasze palce i wciągnęłam go do sali. Tommo rozmawiał z lekarzem.
-Przepraszamy-uśmiechnęłam się uprzejmie do doktora.-Może pan nam powiedzieć co z nim?-objęłam Stylesa w pasie i wsadziłam rękę pod bluzkę.
-A więc tak. Jest już dużo lepiej. Jak widać może już sam oddychać. Nastawiliśmy mu szczękę, zaszyliśmy rozcięty łuk brwiowy i poskładaliśmy żebra. Niestety pana Tomlinsona czeka jeszcze złożenia kości policzkowej. Cudem uszedł z życiem-patrzał na kartki.-No cóż to ja już chyba swoje powiedziałem-uśmiechnął się szeroko i skierował się do wyjścia.-Jeżeli będą mieli państwo jakieś pytania proszę wcisnąć czerwony guzik i powiedzieć pielęgniarce, że szukacie mnie-chwycił za klamkę.-Miłego dnia-i wyszedł zostawiając po sobie echo w naszych uszach. Louis patrzał na Harrego z dużym uśmiechem.
-Dobrze cię widzieć mordo. Chodź tu-poklepał miejsce na skraju łóżka. Usiadł na wyznaczone miejsce nic nie mówiąc. Przysiadłam na krześle niedaleko łóżka.
-Co słychać, stary? Wszyscy zdrowi?-położył dłoń na jego udzie.
-Tak-na jego twarzy również pojawił się uśmiech.-Jak się czujesz, bracie?-obserwował go bacznie.
-Jakbym dostał w ryj-roześmiał się, a Lokers mu zawtórował.-Wygrałeś już coś?-poruszył zabawnie brwiami.
-Dziś o 20. Wygram to. Pattie ze mną jedzie-spojrzał na niego porozumiewawczo.
-Ach, ta Pattie-wybuchli głośnym śmiechem. Poczułam momentalnie tą cholerną zazdrość. Poruszyłam się nerwowo na krześle. Oboje spojrzeli na mnie w tym samym czasie.
-Dlaczego nie weźmiesz tego aniołka? Przyda jej się trochę rozrywki-uśmiechnął się ciepło w moją stronę. Spojrzałam pytająco na Stylesa.
-Nie. Nie chcę jej narażać. To niebezpieczne-spoważniał patrząc na mnie.
-Na co narażać?-odezwałam się w końcu.
-Harold będzie startował w wyścigu-poklepał go po udzie. Serce podeszło mi do gardła. Podniosłam się z krzesła i zaczęłam nerwowo chodzić po sali.
-Hope, spokojnie-podszedł do mnie. Chciał złapać mnie za rękę, ale ją zabrałam.
-Hope, proszę cię nie dramatyzuj-westchnął. Usiadłam z powrotem na krzesło. Patrzałam na swoje splecione palce. Gdy się denerwuję zawsze je splatam albo wyginam. Wyścig? Niebezpieczny? Inna dziewczyna? Dlaczego nie ja?
-Ale ja chcę z tobą jechać-spojrzałam na niego.
-Nie ma mowy. Nie wezmę cię tam. Te wyścigi nie są bezpieczne-mówił spokojnie. Wow. Umie być spokojny.
-Harry, proszę. Weź mnie ze sobą-zrobiłam szczenięce oczka.-Będę grzeczna-uśmiechnęła się zachęcająco.
-Nie i kropka. Koniec rozmowy-zaczął się irytować.
-Nie puszczę cię z jakąś szmaciurą-wydęłam wargi.
-Czy ty jesteś zazdrosna?-zapytał rozbawiony. Ten to jest zmienny.
-Nawet jeżeli to co?-skrzyżowałam ręce.
-Słodka jesteś jak się złościsz-podszedł do mnie i kucnął na przeciwko.-Ale i tak ze mną nie pojedziesz-uśmiechnął się.-Boję się o ciebie mała. Nie chcę żeby coś ci się stało-ujął moją twarz w dłonie. Lou przyglądał się nam z uśmiechem.
-Ładna z was parka-zaśmiał się cicho.
-Nie jesteśmy razem-powiedzieliśmy równo.
-My się tylko pieprzymy-wyszeptałam Harremu do ucha. Zachichotał cicho.
-Robiliśmy to na razie raz, ale można tak powiedzieć-wyszeptał patrząc na mnie.-Ale chętnie to powtórzę-poczułam jak płomienny rumieniec wpełza na moje policzki.
-U ciebie-powiedziałam bezgłośnie.
-Louis-Hazz odwrócił się w jego stronę.-Nie będziesz miał nic przeciwko, że przyjdziemy jutro, bo dziś musimy jeszcze coś załatwić?-uśmiechnął się do niego znacząco.
-Jasne. Nie ma sprawy, stary-jego twarz nabrała kolorów. Ruszyliśmy w stronę drzwi.
-Tylko się zabezpieczcie-powiedział gdy otworzyłam drzwi.
-Tomlinson-Lokers sporunował do wzrokiem.
-Zdrowiej idioto-szybko podbiegłam do jego łóżka i pocałowałam w policzek.
-Oj weź, bo się zarumienię-machnął ręką.-Pa gołąbeczki-i staliśmy już na pustym korytarzu. Ruszyliśmy w stronę windy w miłej ciszy. Stojąc w windzie czułam na sobie palące spojrzenie Harolda. Odwróciłam się w jego stronę. Po chwili Hazz wciskał już przycisk STOP i winda stanęła między piętrami. Podszedł do mnie powoli z gracją.
-Nie wytrzymałbym drogi do domu-przyszpilił mnie do ściany.-Nie robiłem tego w takim miejscu-zagryzł wargę.
-Postaraj się dotrwać do domu. Nie jestem gotowa na taki spontan. Dobrze wiesz dlaczego-patrzałam mu w oczy.
-Mogę cię chociaż pocałować?-odsunął się trochę. Stanęłam na palcach i namiętnie go pocałowałam. Wyszliśmy z windy kierując się w stronę wyjścia. Złapałam Harrego za mały palec, a ten uśmiechnął się patrząc przed siebie.
-Pozwolisz, że pojedziemy motorem?-spojrzał na mnie gdy wyszliśmy na zewnątrz. Pokiwałam głową patrząc na swoje auto.
-Weźmiesz je jutro-uśmiechnął się.-Wskakuj, mała-usiadł na swoim miejscu.

Stanęliśmy przed jego domem. Był duży i dorównywał wyglądem innym domom na tej ulicy. Weszliśmy do środka. Rozglądałam się po wnętrzu onieśmielona. Korytarz był krótki, a idąc prosto wchodzi się do przestronnego salonu.
-Ten dom jest ogromny-weszłam w głąb.
-To prawda-pokiwał głową.-Taki był plan-usiadł na kanapie rozglądając się. Spojrzałam na niego. Uśmiechnął się lekko i poklepał miejsce obok siebie. Usiadłam nadal skanując salon wzrokiem.
-Podoba ci się?-zapytał gdy przysunęłam się bliżej.
-Wolę niewielkie i przytulne pomieszczenia, ale muszę przyznać bardzo ładnie-uśmiechnęłam się kładąc dłoń na jego udzie. Poczułam jak łapie za mojego kucyka i pociąga w dół. Złożył na mojej szyi pocałunek.
-Uwielbiam jak się uśmiechasz-przyciągnął mnie do siebie i czule pocałował.-Chciałbym żebyś uśmiechała się jeszcze więcej-ponownie mnie pocałował. Wciągnął mnie na swoje kolana z uśmiechem.
-Masz wino?-zapytałam oplatając jego szyję rękoma. Przeniósł mnie na miejsce obok i wstał. Podszedł do dużego barku.
-Białe czy czerwone?-odwrócił się z dwiema butelkami w rękach.
-Czerwone, psze pana-uśmiechnęłam się. Odstawił butelkę z białym winem, wziął dwa kieliszki i wrócił do mnie. Rozlał nam po równo i wręczył mi mój kieliszek. Posmakowałam go nieco i od razu wiedziałam, że Styles ma dobry gust.
-Smakuje?-wziął niewielki łyk i odstawił na stolik.
-Bardzo. Który rocznik?-wzięłam kolejny łyczek.
-Wytrawne z Toskanii. Rok 2009-uprzedził dwa kolejne pytania na ten temat.-Jeżeli mam pić wino to tylko wytrawne-uśmiechnął lekko.
-Jest wyborne, panie Styles-odstawiłam kieliszek na stolik i usiadłam po turecku. Hazz otworzył usta by coś powiedzieć, ale dzwonek do drzwi skutecznie go uciszył. Westchnął głośno i wstał.

                                                                    *********

Podszedłem do drzwi i otworzyłem je. Przede mną stało dwóch funkcjonariuszów policji w Leeds.
-Pan Styles?-zwrócił się do mnie brunet o głowę niższy ode mnie.
-Tak-wychyliłem się sprawdzając co robi Hope. Siedziała przy kominku przeglądając winylowe płyty.
-Mam dla pana dobrą i złą wiadomość-oznajmił facet dobijający czterdziestki.
-Do sedna panowie-ponagliłem ich.
-W radiowozie siedzi pewien chłopiec. Zadzwonił na policję. Jego mama popełniła samobójstwo.
-Ale dlaczego właśnie mnie to panowie mówią?-wzruszyłem ramionami.
-Ta kobieta zostawiła list-wyciągnął z kurtki kopertę i podał ją mi. Wyciągnąłem list i zacząłem czytać. Z każdym kolejnym zdaniem zaczynałem sądzić, że to jest jakiś żart.
Spojrzałem na radiowóz. Siedział w nim trzyletni chłopiec.
-To nie możliwe...