niedziela, 27 lipca 2014

Rozdział 6 "Daddy"

-Harry, co się dzieje?-stanęła obok mnie patrząc na policjantów.
-Dzień dobry-jeden z nich skinął głową ściągając czapkę.
-Co ja mam z nim zrobić?-zapytałem patrząc na chłopca.-Niech go panowie przyprowadzą-poczułem jak Hope łapie mnie za rękę. Nie chciałem żeby się dowiedziała, że spłodziłem dziecko jakiejś dziwce.
-Proszę powiedz mi-przytuliła się do mego ramienia.
-To jest George-wskazałem na trzylatka.-George Styles-wyszeptałem próbując opanować gniew rosnący z każdym krokiem tego chłopca. Puściła moją dłoń i odsunęła się.
-Styles?-zapytała cicho.
-Ma na nazwisko McFly. Jest synem pewnej dziwki, która popełniła samobójstwo, bo jak napisała w liście, nie miała po co żyć. Mały zadzwonił na policję. W liście są także moje dane. Dlatego go tu przywieźli-mówiłem patrząc przed siebie.
-Oto on-funkcjonariusz trzymał przed sobą chłopca za ramiona. Malec wyglądał tak niewinnie przytulając się do dużego misia.
-Hazz, pozwól że ja zacznę-stanęła przede mną.-Cześć mały-kucnęła przed nim.
-Nie jestem mały. Mam jus tsy lata-zrobił obrażoną minkę.
-To prawda. Jesteś już dużym chłopcem-zaśmiała się wesoło.-A czy tacy duzi chłopcy jak ty lubią gorącą czekoladę?-wstała wyciągając do niego rękę.
-Z bitą śmietaną?-zatrzepotał długimi rzęsami.
-Oczywiście! I posypką-zaprowadziła go do domu. Odprowadziłem ich wzrokiem.
-Wiedzą panowie coś więcej na temat tej kobiety?-spojrzałem na nich.
-Niestety nie. Tylko tyle, że nazywała się Lisa McFly. Żadnych dokumentów. Nic. Przykro mi-starszy z nich wzruszył ramionami.
-Ta-machnąłem ręką.-Coś jeszcze?
-Nie panie Styles-oznajmił niski.
-To zmiatajcie-zamknąłem drzwi. Oparłem się o nie i wziąłem głęboki oddech. Zaraz coś rozwalę. Najlepiej czyjś ryj. To by pomogło. Poszedłem do łazienki. Oparłem się o zlew i głęboko oddychałem. Spojrzałem na swoje odbicie w lustrze. Oczy miałem prawie czarne. Wyprostowałem się i uderzyłem w lustro z całej siły. Szkło roztrzaskało się na tysiące kawałków.
-Kurwa!-wrzasnąłem czując ból w dłoni. Do łazienki wpadła Hope. Patrzała na cały ten bałagan, a ja czułem, że rośnie w niej gniew.
-Popierdoliło cię do reszty?-podeszła do mnie i owinęła moją dłoń ręcznikiem.-Padło ci na mózg!-krzyknęła sięgając po apteczkę. Usiadłem na wannie. Nagle w drzwiach pojawił się George. Przytulał do siebie misia.
-Zdajesz sobie sprawę z tego jak go wystraszyłeś?-wyszeptała siadając obok mnie. Obwinęła ręcznik i przemyła wszystkie rozcięcia wodą utlenioną. Wyciągała ostrożnie małe kawałki szkła z mojej ręki.
-Cio sie śtało?-maluch podszedł niepewnie bliżej.-Nić ci nie jeśt tatusiu?-Czy ja dobrze słyszę? Tatusiu?
-Wszystko okej-wymusiłem uśmiech. Tatusiu?!
-Jasna cholera!-krzyknąłem gdy wyciągnęła większy kawałek.-Uważaj co robisz!-wywróciła oczami i przemyła jeszcze raz wszystkie rany.
-Wezmę go do siebie, a ty jedź na ten swój wyścig. Może pomoże ci się uspokoić-owinęła moją dłoń bandażem i wyszła. Odłożyłem apteczkę na miejsce i ja również wyszedłem. Zastałem ich w korytarzu. Hope właśnie zapinała kurtkę Goe.
-Pójdziemy na zakupy, co ty na?-złapała go za rączki.-Kupimy ci nowe ubranka i może jakieś zabawki, co?-uśmiechała się do niego szeroko.
-Weź moją kartę-sięgnąłem po portfel. Wyciągnąłem złotą kartę.
-Nie potrzebuję jej. Mam pieniądze-wyprostowała się i poprawiła ponczo.
-Nalegam-wyciągnąłem do niej kartę.
-Zabierz tą swoją jebaną złotą kartę i tyłek na wyścig-wycedziła.-Tam są tacy jak ty. Może to ci pomoże-wyszła trzaskając drzwiami. Zacisnąłem zdrowa rękę w pięść. Patrzałam na drzwi. Nie rozumiałem do końca o co się tak wścieka. Wyszedłem za nią.
-Ej!-odwróciła się.-O co ci chodzi?-stanęła trzymając Georga za rączkę.
-Nie masz lepszych zajęć?-patrzała na mnie ze wściekłością.
-Coś ty się tak tego wyścigu przyczepiła?!-wywróciłem oczami.
-Bo się kurwa o ciebie martwię!-krzyknęła, wzięła malca na ręcę i ruszył przed siebie.
-Nie pojadę na ten cholerny wyścig!-krzyknąłem. Stanęła lecz wciąż była plecami do mnie.
-To chciałaś usłyszeć?! Proszę bardzo. Masz co chciałaś. Nie pojadę na ten wyścig-patrzałem na nią. Odwróciła się w moją stronę.
-Jedź. Jedź i go wygraj. A jak przegrasz to spotka cię kara-mówiła zachrypniętym głosem.-Jak się skończy masz do mnie przyjechać i powiedzieć zgodnie z prawdą jak ci poszło. Jeżeli zobaczę, że się z kimś biłeś nawet nie przechodź przez próg mojego domu. Chcę widzieć jak się starasz. Chcesz się zmienić? Zacznij od tego-odwróciła się i odeszła.

                                                                         *******

Weszliśmy do ogromnej hali. Półki przechodziły przez całą jej długość. Geo wyrwał mi się i pobiegł do pierwszego rzędu wypełnionego zabawkami.
-Hope!-machnął na mnie rączką. Podeszła do niego. Oczka świeciły mu się z podekscytowania.
-I co maluchu? Podoba ci się coś?-kucnęłam obok przeczesując wzrokiem maskotki. Podał mi dużego zielonego dinozaura.
-Chcesz tego?-podniosłam się. Pokiwał entuzjastycznie główką i przytulił swojego starego misia.-A nie zapomnisz o tym?-zapytałam wskazując brązowego niedźwiadka w niebieskiej bluzce.
-Tobi zawse będzie dla mnie najfajniejsym misiem-przytulił go mocno z dużym uśmiechem.
-Dobrze-zaśmiałam się.-A teraz kupimy jakieś ubranka, dobrze?-wyciągnęłam do niego rękę. Szliśmy między regałami szukając sekcji z ubraniami.
-Well?!-usłyszałam znajomy głos. Odwróciłam się i ujrzałam go.
-Hood!-stanęłam uśmiechając się do niego.-Co ty tu robisz?-przytuliłam go.
-Szukam prezentu dla kuzynki. Za tydzień ma urodzić synka-uśmiechnął się wesoło.
-Hope! Hope!-George podbiegł do mnie z dużym kolorowym samochodem.-A to mogę?-zrobił szczenięce oczy.
-Tak skarbie. Możesz-pogłaskałam go po główce.
-A cóż to za przystojniak? Zaczynam być zazdrosny-uśmiechnął się szeroko kucając przed chłopcem.-Cześć kolego. Mam na imię Calum-podału mu rękę.
-Jeśtem Geo-złapał go za palca i potrząsnął całą ręką.
-Twój?-uniósł jedną brew.
-No coś ty!-zaśmiałam się kręcąc głową.-Syn mojego...-no właśnie. Kogo? Chłopaka, przyjaciela?-Przyjaciela-dokończyłam.
-Styles!-wykrzyczał wesoło podskakując.-Mój tatuś ma na imię Haly i jest najfajniejsym tatusiem na swiecie-malec wymachował rękoma jakby próbując pokazać to jak fajny jest Styles.
-Ten Styles?-spojrzał mi w oczy. Spuściłam głowę.-Jezu Chryste! Hope! Coś ty zrobiła?
Calum przyjaźnił się jakiś czas z Harry'm. W liceum Hazz, Calum i mój brat tworzyli postrach szkoły. Gnębili każdego kto im podpadł. Kujony dobrowolnie oddawały im swoje lunche gdy tylko na nich spojrzeli. Gdy oni kończyli liceum ja miałam 14 lat i Calum był dla mnie wzorem, choć nie powinien nim być. Każdą sobotę poświęcał chłopakom, a gdy w niedziele męczył go kac spędzał ją ze mną. Podobał mi się. Jego zawsze śmiejące się czekoladowe oczy skupione były na mnie w każdą niedzielę. Wiecznie nieułożone włosy stawały się jeszcze bardziej potargane gdy łaskotał mnie, a ja próbowałam go odepchnąć.
-Ja nie prosiłam żeby przyjeżdżał. Przez to co zrobił nienawidziłam go. Nadal żywię do niego nieco urazy, ale stało się co się stało. Nie da się tego odkręcić-wzruszyłam ramionami.
-Hope-spojrzał na mnie przenikliwie.-Co on ci powiedział?-podszedł bliżej.
-Nic mi nie powiedział. Zresztą nie ważne. Nie rozmawiajmy o nim. Chcesz wybrać prezent dla dziecka kuzynki?-zmieniłam temat. Westchnął ciężko i uśmiechnął się.
-Będę chrzestnym. Muszę kupić coś pomysłowego, ale nie drogiego-rozglądnął się dookoła.
-Myślę, że mogę ci pomóc-uśmiechnęłam się i ruszyłam do przodu.-To będzie chłopiec czy dziewczynka?
-Eliot Mark Hill-wyrecytował ze szczerym uśmiechem.
Chodziliśmy po sklepie szukając prezentu dla Eliota i ubrań dla Georga. Wydałam połowę pieniędzy, ale i tak nie miałam co z nimi zrobić. Przecież ileż można mieć ubrań w szafie. Gdy wyszliśmy na parking Calum przystanął.
-Przyjechałaś swoim autem?-zapytał wyciągając kluczki od samochodu.
-Nie. Przyjechałam taksówką. Moje auto stoi pod szpitalem-uśmiechnęłam się lekko.
-Podwieźć cię?-schował torbę z zakupami do bagażnika.
-Jeżeli możesz-włożyłam swoje zakupy i usiadłam na tylnym siedzeniu razem z Geo.
-Gdzie jedziemy?-zapytał malec wdrapując mi się na kolana.
-Do mnie do domu-uśmiechnęłam się do niego. Przytulił się do mnie mocno trzymając przy sobie nową maskotkę.
-A kiedy pzyjedzie tatuś?-zapytał cicho powoli zasypiając.
-Nie wiem, kochanie. Może jutro się z nim zobaczysz-głaskałam go po pleckach. Spojrzałam w lusterko i napotkałam baczne spojrzenie Caluma. Westchnęłam cicho i odwróciłam wzrok na widok za oknem. Robiło się już ciemno i zerwał się mocniejszy wiart.
-Który dom?-bąknął patrząc na drogę.
-Ten-wskazałam swój dom. Cal zatrzymał się i odwrócił w moją stronę.
-Chcesz wejść?-zapytałam cicho. Posłał mi serdeczny uśmiech.
-Pewnie. I tak nie mam planów na wieczór-wysiadł z auta, otworzył mi drzwi i pomógł wysiąść. Trzymałam Georga na rękach gdy wyciągał zakupy. 
-Pomóc ci?-obserwowałam jak męczy się z pięcioma torbami.
-Nie. Poradzę sobie-włożył jedną z nich w zęby. Podeszłam do niego i wzięłam ją od niego. 
-Nie ma za co-zaśmiałam się i ruszyłam w stronę domu. Weszliśmy do środka. Poszłam do pokoju, położyłam malucha do łóżka i przykryłam kołdrą. Ucałowałam go w czoło i wyszłam.
-No no. Hope. Ładnie tu masz, kochana-uśmiechnął się kładąc torby na kanapie. 
-To dom dziadków-weszłam do kuchni.-Masz ochotę na drinka?!-zawołałam wychylając się.
-A co proponujesz?-usłyszałam go tuż obok siebie. Zajrzałam do lodówki. 
-Wódka z colą lub sokiem żurawinowym-odwróciłam się z dwoma butelkami. 
-Cola-uśmiechnął się.-Gdzie masz szklanki?-otwierał wszystkie szafki po kolei.
-W drugiej szafce od zlewu-wskazałam palcem wyciągając wszystkie potrzebne rzeczy z lodówki.-Co powiesz na kanapki?-zapytałam z głową w lodówce.
-Ty tu rządzisz-zaśmiał się. Wyciągnęłam wszystko co potrzebne i położyłam na blacie. Cal zrobił drinki i podał mi jednego.-Za spotkani po latach-stuknęliśmy się szklankami i równocześnie upiliśmy łyk. Zrobiłam kanapki i przenieśliśmy się do salonu.
-Ile już tu mieszkasz?-zapytał sięgając po przekąskę. Zastanowiłam się chwilę. 
-Około dwóch lat-upiłam kolejny łyk trunku czując jak ciepło rozlewa się po moim żołądku.-A ty? Mieszkasz w Manchesterze?-kiwnęłam na niego głową.
-Nie wiem czy można to nazwać mieszkaniem-roześmiał się. Dopiero teraz przypomniało mi się, że należy do zespołu.-Mamy mnóstwo koncertów. Trasa się rozkręca. Teraz mamy akurat tydzień wolnego więc przyjechałem do rodziny-uśmiechnął się.
-Dacie jakiś koncert tu?
-Jasne. Nawet dwa-wyszczerzył się.-Przyjdziesz?-poruszył zabawnie brwiami. Podrapałam się po głowę nieco zakłopotana.
-Em...chciałabym, ale po tych zakupach nie mam pieniędzy-spuściłam wzrok na szklankę, którą trzymałam w dłoni. 
-Ale to nie ma sprawy!-położył mi dłoń na ramieniu.-Załatwię ci vipa. Jesteś prawie jak siostra-poczochrał mi włosy. Roześmiałam się czując rozluźnienie.
-Nie no bez przesady. Wystarczy mi zwykły bilet-uśmiechnęłam się.
-Nie marudź, bo załatwię to inaczej-uniósł jedną brew.
-Ale...-nie zdążyłam dokończy, bo Calum rzucił się na mnie z łaskotkami. Poczułam się jak kiedyś. 
-Przestań!-wiłam się i odpychałam go od siebie, ale nie miałam wystarczająco siły.-Dobrze! Już dobrze! Przyjmę tą wejściówkę!-momentalnie zawisł nade mną i patrzał z szerokim uśmiechem.
-Cieszę się-wyszeptał, a jego oddech owiał moją twarz. O Matko Przenajświętsza dlaczego on musi tak na mnie patrzeć. 
-Tęskniłam za tobą, Cal-szepnęłam patrząc mu w oczy. 
-Ja też za tobą tęskniłem, Well. Ja też-zbliżył się. Czułam, że zdarzy się coś o czym marzyłam przez dwa lata. Patrzałam jak zbliża powoli twarz do mojej. Westchnął cicho i pocałował mnie w czoło. Spojrzałam na niego pytająco.
-Chciałbym, ale Styles połamałby mi wszystkie kości-wrócił do pozycji siedzącej.-Wyładniałaś, mała-położył dłoń na moim policzku gdy ja również usiadłam. Przytuliłam twarz do jego dłoni. Tęskniłam za takim delikatnym dotykiem. Ostatni raz czułam ten dotyk pełen uczyć gdy mama żegnała się ze mną przed ich wyjazdem. 
-To boli prawda?-usłyszałam jego przyciszony głos. Spojrzałam na niego. Patrzał na mnie ze współczuciem.-Stracić tylu bliskich-patrzał mi w oczu.
-Tak. Boli, ale jeżeli się o tym nie myśli. Jeżeli żyje się własnym życiem nie jest najgorzej. Niby nie mam nikogo z kim mogłabym pogadać, ale da się żyć. Mam kota. To nieco pomaga-wzruszyłam ramionami. 
-Zawsze umiałaś grać twardą, ale wiem, że to tylko pozory-wskazał na mój nadgarstek.-Znam cię lepiej niż ci się wydaje-złapał mnie za ręce. -Znam cię dłużej niż ten cały Styles. Jestem dla ciebie jak brat, a on? On zabił Michaela. Zranił cię. Cholernie cię zranił!
-Calum-wyrwałam dłonie z uścisku.-O co ci chodzi?-spojrzałam na niego pytająco.
-Próbuję uświadomić tobie, że ten frajer na ciebie nie zasługuje. Po tym co się stało powinien być dla ciebie nikim!-krzyczał patrząc mi w oczy.
-Zamknij się!-zerwałam się z miejsca.-Skąd możesz wiedzieć jaki on jest? Praktycznie go nie znałeś. Zadawaliście się z nim tylko dlatego, że załatwiał wam fajki. Był dla was tylko dostawcą tych gównianych papierosów. Nawet nie staraliście się poznać go. Zapraszaliście go na piwo, bo miał wtyki w klubach. Wykorzystaliście go. Jakim prawem mówisz, że jest frajerem?!-poczułam jak w oczach zbierają się łzy.-Nie masz prawa tak o nim mówić!-łzy złości popłynęły po moich policzkach. Stałam w przedpokoju. Chciałam do niego podejść i uderzyć go w twarz, ale poczułam czyjeś ciepłe dłoni na nadgarstkach, a potem umięśniony tors na plecach. Przytulał mnie mocno do siebie gdy ja rzucałam się jak rozjuszony byk.
-Cii-szepnął.-Już spokojnie, Kitty-pocałował mnie w skroń.
-On nie ma prawa tak o tobie mówić! Nie zna cię tak dobrze jak ja!-krzyczałam dławiąc się własnymi łzami. Broniłam Stylesa pod wpływem impulsu? Czy może jednak było to coś więcej niż impuls? Nie wiem. Nie czułam nic poza złością i smutkiem. 
-Hope, on nie jest ciebie wart. Jesteś dla niego za dobra-kontynuował Calum. W tym momencie wszystkie miłe uczucia do tego chłopaka prysnęły jak bańka mydlana. Wyrwałam się z objęć Harrego i podeszłam do Cala. Zacisnęłam dłoń w pięść i z całej siły uderzyłam go w twarz.
-Skąd ty możesz wiedzieć kto jest dla mnie dobry? Może jeszcze powiesz, że ty?
Otworzył usta żeby coś powiedzieć, ale uciszyłam go ciosem w brzuch.
-Nie waż się nigdy więcej mówić mi co jest dla mnie dobre. Nie jesteś moim ojcem-odwróciłam się i pobiegłam do łazienki.

                                                                               ******

Po tym jak straciłem ją z pola widzenie poszedłem do domu. Uprzątnąłem rozbite lustro w łazience i wziąłszy piwo z lodówki usiadłem na kanapę. Muszę pokazać jej, że się staram aby zatrzymać ją jak najdłużej przy sobie. Spojrzałem na zegarek w telefonie. 18:40. Dopiłem do końca zawartość butelki i zszedłem do garażu. Otworzyłem drzwi i wyjechałem motorem przed dom. Zamknąłem bramę garażową i usiadłem z powrotem z motocykl. 
-No to dziś się wykażesz maleńka-poklepałem motor jak krowę i ruszyłem. Przez cała drogę myślałem jak mi pójdzie. O jaką karę chodziło Hope? I nagle w mojej głowie zrodziły się scenariusze tego co może mi zrobić. To niedożeczne Styles, skarciłem się w myśli. Przecież moja słodka Hope nie byłaby do tego zdolna. Lecz mimo to poczułem jak robi mi się ciasno w spodniach. Dojechałem na wzgórze. Było dużo ludzi, a ja szukałem kasztanowej czupryny Pattie. Stała przy swoim czerwonym vanie z
Pattie
szerokim uśmiechem.

-Cześć braciszku-uścisnąłem ją na przywitanie.-A gdzie ta twoja dziunia?-zapytała szczerząc się.
-Skąd o niej wiesz?-zachowałem spokój. Spojrzała na mnie rozbawiona.-Zayn?-kiwnęła głową.-Zabije gnoja-warknąłem patrząc Pat przez ramię. Stał tam i uśmiechał się chytrze.
-Nie martw się. Nie obchodzi mnie twoje życie prywatne. Możesz być z kim chcesz. Dla mnie ważniejsze jest w końcu wygrać wyścig-wzruszyła ramionami. Otworzyła drzwi vana i wyciągnęła skórzaną kurtkę i kask.
-Wygrasz?-poruszyła brwiami.
-Muszę. Obiecałem to sobie i Tomlinsonowi-usiadłem na motor i czekałem, aż Pattie zrobi to samo. Gdy zasiadła na swoim miejscu ruszyłem na linię startu. Brunetka zsiadła by ubrać wszystko co potrzebne i przywiązać zieloną chustę do słupka stojącego obok nas. Ludzie skandowali imiona zawodników i gwizdali. Obejrzałem się w lewo i zobaczyłem Malika szczerzącego się głupio.
-Tylko się nie popłacz jak przegrasz. Hope na pewno cię pocieszy- poruszył ręką w wymowny sposób, a we mnie krew się gotowała. Spokojnie Harry. On chce cię sprowokować, wziąłem głęboki oddech. Na starcie stanęła blondynka z dwiema flagami. Pat usiadła na swoim miejscu i przytulił się do moich pleców by zwiększyć aerodynamikę podczas jazdy.
-Gotowa?-zapytałem przez ramię. Kiwnęła głową ze ślicznym uśmiechem. Silniki zawarczały, zawodnicy rozgrzewali maszyny przed krótki lecz nieco niebezpiecznym wyścigiem. Flagi opadły i wszyscy ruszyli. Nie byłem ostatni, ale też nie byłem pierwszy. Jechało przede mną około trzech przeciwników. Wyminąłem dwóch bez żadnego problemu, ale pozostał jeszcze faworyt. Zayn spojrzał na mnie i przyśpieszył. Powoli go doganiałem gdy jego nowa zdobycz wystawiła nogę próbując nas odepchnąć. Pat roześmiała się gorzko i kopnęła dziewczynę w piszczel. Ta tylko pisnęła i schowała nogę. Malik pokręcił głową. Podjechał bliżej próbując nas zepchnąć.
-Nie tym razem, alwaro!-krzyknąłem w jego stronę i wszedłem w zakręt. Ominąłem opuszczoną stację benzynową i wyszedłem na ostatnią prostą. Spojrzałem w lusterko. Mulat pojechał za daleko i nie zdążył skręć więc miał większy dystans do pokonania. Czułem smak zwycięstwa. Dojeżdżając do mety jeszcze raz spojrzałem w lusterko. Malik nie był zbyt blisko, ale nie był też daleko. W razie gdyby zachciało mu się mnie dogonić przyśpieszyłem stając na tylnym kole i przejechałem przez linię mety. Zahamowałem, a ludzie otoczyli mnie gratulując. Pattie zeszła z motoru, ściągnęła kask i pocałowała mnie w policzek.
-Brawo młody! W końcu nam się udało!-wykrzyczała radośnie. To wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyłem uświadomić sobie, że moje największe marzenie właśnie się spełniło. 
-Oblejemy to w sobotę. Muszę spadać- spojrzałem na Pat.
-Podziękuj jej-wyszeptała mi do ucha gdy żegnała się ze mną uściskiem. Uśmiechnąłem się szeroko i odpaliłem maszynę. Zawarczała przyjemnie. Ruszyłem w dół zbocza i pognałem autostradą w stronę domu Hope. Chciałem ją jak najszybciej przytulić i podziękować. Stanąłem pod jej domem. Stało tam nieznanie mi auto. Światło w salonie się paliło. Podszedłem do drzwi. Usłyszałem krzyki.
-Co do cholery?-nacisnąłem klamkę i po cichu otworzyłem drzwi. Stałem w przedpokoju przysłuchując się kłótni.
-Próbuję uświadomić tobie, że ten frajer na ciebie nie zasługuje. Po tym co się stało powinien być dla ciebie nikim!-usłyszałem męski krzyk.
-Zamknij się!-usłyszałem jak wstaje.-Skąd możesz wiedzieć jaki on jest? Praktycznie go nie znałeś. Zadawaliście się z nim tylko dlatego, że załatwiał wam fajki. Był dla was tylko dostawcą tych gównianych papierosów. Nawet nie staraliście się poznać go. Zapraszaliście go na piwo, bo miał wtyki w klubach. Wykorzystaliście go. Jakim prawem mówisz, że jest frajerem?!-I wszystko było jasne. Już wiedziałem czyj to krzyk. Znałem ten głos, ale nie mogłem sobie przypomnieć skąd. Wciąż jej nie widziałem, ale słyszałem jak głos jej się załamuje.-Nie masz prawa tak o nim mówić!-stanęła do mnie tyłem. Widziałem, że ciężko oddycha. Chciała się na niego rzuć, ale złapałem ją za ręce i trzymałem przy sobie. Wyrywała się. 
-Cii-szepnąłem jej do ucha.-Już spokojnie, Kitty-próbowałem ją uspokoić. Pocałowałem ją w skroń sądząc, że to coś pomoże. Gdzie tam. Nie pomogło.
-On nie ma prawa tak o tobie mówić! Nie zna cię tak dobrze jak ja!-krzyczała ledwo łapiąc powietrze. Dławiła się własnymi łzami.
-Hope, on nie jest ciebie wart. Jesteś dla niego za dobra-zobaczyłem Caluma. Gdyby nie krzyk Hope nie dowiedziałbym się tak ciekawych faktów. Byłem wykorzystywany przez chłopaka, które niedługo potem zabiłem. Interesujące. Moje zamyślenie pozwoliło Well wyrwać się i podejść do niego. Nie zamierzałem jej powstrzymywać. Skoro chce komuś przywalić to dobrze. Przynajmniej to nie będę ja. Nagle jej drobna piąstka zderzyła się z twarzą Cala. Gdy chciał coś z siebie wykrztusić uciszyła go prawym sierpowym w brzuch.
-Nie waż się nigdy więcej mówić mi co jest dla mnie dobre. Nie jesteś moim ojcem-po tych słowach pobiegła do łazienki.
-Oj Cal, Cal. Żeby doprowadzić dziewczynę do takiego stanu by złamać facetowi szczękę i spowodować trudności z oddychaniem to trzeba być kompletnym idiotą-poklepałem go po ramieniu.-A teraz uważaj-wyprostowałem go.-Jeżeli dowiem się, że zbliżyłeś się do niej na mniej niż pięć metrów wtedy gwarantuję, że wylądujesz na intensywnej terapii. Tkniesz ją palcem to połamię ci wszystkie kości, rozumiemy się?-nie odezwał się.
-Pierdol się. Co ty możesz jej dać? Może tylko tyle co siniaki.
-No nie wytrzymam-wywróciłem oczami.-Mam już dzwonić po karetkę czy grzecznie stąd wyjdziesz?-spytałem spokojnie. 
-Jesteś nikim. Zabiłeś własnego kumpla-kontynuował w progu.
-Spierdalaj, bo nie ręczę za siebie!-kopnąłem go w plecy. Wyleciał na chodnik przed domem lądując na ni twarzą.-Miło było cię znów spotkać, skurwysynu-pomachałem mu i zamknąłem drzwi. Poszedłem do łazienki. Otworzyłem powoli drzwi. Ujrzałem ją siedzącą przy wannie. Płakała. Bardzo mocno płakała. Spojrzałem na jej ręce.
-Jezus Maria. Hope, co ty zrobiłaś?-padłem koło niej na kolana.
-Nie daję już sobie rady-wypłakała.-Ja tu nie pasuję, Harry. To mnie zabija!-trzymała w dłoni zakrwawioną żyletkę. Złapałem za nią.
-Daj mi to-wyszeptałem.-Hope, błagam cię. Oddaj mi to-rozłożyłem jej palce i rzuciłem to ustrojstwo gdzieś za siebie.-Chryste Panie. Hope. Kochanie. Skarbie. Dlaczego? Dlaczego chciałaś mnie zostawić?-przytuliłem ją do siebie.
-On był kiedyś inny. Był jak drugi brat. Pomagał mi. On mi kurwa pomagał z problemami-szlochała.-A teraz? Teraz miałam ochotę wbić mu nóż w serce tak jak on zrobił to mnie. Jak mógł wspomnieć o Michaelu? Dlaczego on to zrobił?-ledwo łapała powietrze.
-Uspokój się-głaskałem ją po włosach.-Oddychaj głęboko. Wdech. Wydech-robiła to co jej kazałem.-To nie powinno się wydarzyć.
Ściągnąłem kurtkę, a potem bluzkę. Rozerwałem ją. Owiązałem jej przedramię. 
-Hope, dlaczego chciałaś...-to słowo nie chciało mi przejść przez gardło.
-Powiedział za dużo. Za dużo myślałam-szeptała wtulona w mój tors.
-O czym myślałaś?
-O tobie. O twoich bliznach. Moich bliznach. Myślałam też o tym jak taki piękny chłopak jak ty mógł się kiedyś ranić. W mojej głowie było pełno myśli. To mnie przerosło. Poczułam się przytłoczona. Mała na tym wielkim świecie. Uważałam to za najprostsze rozwiązanie-głos jej się łamał.
-Chciałaś zostawić to co tu osiągnęłaś tylko dlatego, że jakiś idiota krzyczał to co mu ślina na język przyniesie? 
-Od czasów gimnazjum wszystkie słowa wypowiedziane przez inne osoby zapadają mi w pamięć. Biorę je do serca choć wiem, że nie powinnam. Bardzo łatwo jest mnie zranić. Jestem jak lalka z porcelany. Przy każdym kolejnym upadku pękam.
-Błagam cię. Nie rób tego więcej. Nie próbuj mnie zostawić. Nie poradziłbym sobie gdybyś teraz odeszła-wyszeptałem tuląc ją do siebie.-Hope?-spojrzała na mnie.-Wygrałem-uśmiechnąłem się lekko.
-Brawo. I nikogo nie pobiłeś-uniosła się nieco i pocałowała mnie w policzek.-Wiedziałam, że sobie poradzisz-oparła głowę o moje ramię.-Tam za drzwiami śpi mały karaluch. Jak wracaliśmy pytał kiedy przyjedziesz-uśmiechnęła się słabo.-Możesz go teraz zabrać i jechać do domu na pewno się ucieszy-ciągnęła słabym głosem.
-Chyba żartujesz. Nie zostawię cię samej-oburzyłem się.-Nie pozwoliłbym ci nawet samej spać-wziąłem ją na ręce jak pannę młoda.-Małego położę w pokoju gościnnym, a ty będziesz spała ze mną tutaj-zaniosłem ją do pokoju. Gdy stanąłem na środku zobaczyłem, że George siedzi na łóżku zapłakany. Posadziłem Hope na łóżku.
-Co się stało, mały?-usiadłem koło niego.
-Jakiś pan baldzo ksycał i mnie obudził. Potem kscycał jesce głosniej i się wystlasyłem-wpełzł mi na kolana.-Tatusiu, gdzie byłeś?-zapytał przytulając się do mnie. Siedziałem nieruchomo. 
-Tatuś załatwiał bardzo ważną sprawę-szatynka położyła się na plecach.
-A cio ci się śtało w loncke?-pokazał na zakrwawiony kawałek materiału.
-Skaleczyłam się-pogłaskała go po policzku drugą ręką.-Jesteś bardzo dzielny. Inni chłopcy już dawno schowaliby się w szafie-uśmiechnęła się do niego. Geo otarł mokre policzki i stanął na łóżku opierając dłonie na biodrach.
-Wiem! Bo ja jeśtem jak Śupelmen!-oboje wybuchliśmy śmiechem.
-W nagrodę tatuś zabierze cię jutro na lody-spojrzała na mnie porozumiewawczo.
-A Hope pójdzie z nami-wystawiłem jej język. 
-Harry-spojrzałem na nią. Była blada.-Zimno mi-podniosła się do pozycji siedzącej i objęła się ramionami. Usiadłem koło niej. Trzęsła się.
-Hej,mała. Co ci jest?-potrząsnąłem nią lekko gdy zamknęła oczy.
-Szumi mi w uszach. Jest mi zimno i niedobrze-mówiła wtulając się we mnie
-Zadzwonię po karetkę-wyciągnąłem telefon z kieszeni. Wykręciłem numer i przyłożyłem aparat do ucha.
-Dobry wieczór. W czym mogę pomóc?-zapytał uroczy damski głosik.
-Karetke. Natychmiast-warknąłem czując jak jej oddech staje sie słabszy. 
-Proszę mi najpierw powiedzieć co się stało i podać adres-mówiła spokojnie. Jakby często dostawała telefony od spanikowanych facetów bojących się o życie kobiety.
-Moja...przyjaciółka się pocięła. Straciła chyba dużo krwii-głos mi się łamał. Podałem adres. Ona nie może mi tego zrobić. 
-Proszę unieść krwawiącą kończynę do góry i nie pozwolić by zasnęła. Jeżeli straci przytomność proszę ją ocucić. Karetka będzie najszybciej jak to tylko możliwe-rozłączyłem się i robiłem wszystko to co zaleciła kobieta. 
-Nie zasypiaj, Kitty-klepałem ją po policzku gdy zamykała oczy.-Hope, patrz na mnie-spojrzała na mnie. Jej oczy przybrały kolor jasnego brązu. Wypłowiałego jak narzuta na jej łóżku.
-Tatusiu co się dzieję?-zapytał chłopiec. 
-Hope bardzo źle się czuje. Będziemy musieli jechać z nią do szpitala-mówiłem wciąż trzymając jej rękę w górze.
-A czy będę mógł się pobawić jutlo z tym panem co tu był? Był fajny-przytulił się do mojej ręki. Jakim cudem ten dzieciak może być mój. Przecież nie jest do mnie ani trochę podobny.
-Niestety nie, bąblu-poczochrałem mu włoski. Jak byłem w jego wieku też miałem proste włosy.-Calum wyjechał za granicę i nie wiadomo kiedy wróci-wzruszyłem ramionami. Mały zrobił smutną minę i wyszedł z pokoju. Po kilku minutach do pokoju wpadli sanitarusze z noszami i dużymi apteczkami. 
-Jak długo już krwiawi?-zapytał blondyn.
-Od około piętnastu minut-drugi wziął ją ode mnie i położył na noszach. Rozwiązał materiał i zaczął odkarzać rany.
-Można wiedzieć jakie były powody ku temu by pańska dziewczyna się pocięła?-zapytała kobieta, która była trzecią osobą załogi.
-Pokłóciła się z dawnym przyjacielem. To ją przerosło i stało się-spuściłem głowę chcąć schować łzy. 
-Zna pan może kogoś kto ma tę samą grupę krwii w rodzinie?-zapytała patrząc w jakąś kartkę.
-Ona nie ma rodziny-wyszptałem.
-Och-wyraźnie się speszyła.-Więc bedziemy musieli zrobić panu badanie krwi-zmierzyła mnie wzrokiem. Zapomniałem, że wciąż jestem bez koszulki. Uśmiechnąłem się chytrze i spojrzałem na nią.
-Ode mnie nie możecie pobrać krwi-pokręciłem głową.-Biorę...Brałem narkotyki przez trzy lata-patrzałem jej w oczy.
-Stella rusz się-warknął na nią blondyn.-Ta dziewczyna ma słabą krzepliwość krwi-mówił szybko.
-Pojedzie pan z nami. Proszę się ubrać i wziąć dziecko. Tylko szybko- podeszła do kolegów i wybiegli. Zajrzałem szybko do kartonu z ciuchami. Wyciągnąłem pierwszą lepszą koszulkę i wybiegłem do salonu.
-Chodź, bąblu-wziąłem go na ręce i wybiegłem przed dom. Wsiadłem szybko do karetki i odjechaliśmy. Mały rozglądał się po ambulansie z szeroko rozdziawioną buzią. Trzymałem ją za rękę.
-Harry?-spojrzała na mnie.-Co się dzieje?-rozejrzała się.
-Jest pani w drodze do szpitala. Straciła pani zbyt dużo krwi-mówił spokojnie brunet monitorując jej stan.
-Gdzie jest Calum?-trzymajcie mnie, bo zaraz coś rozwalę.
-Nie ma go. Wyjechał-musiałem skłamać.
-Ale przecież mają nie długo koncert u nas i miałam na niego iść. No cóż. Później do niego zadzwonię i spytam-wzruszyła ramionami.
-Proszę się nie ruszać. Muszę zaszyć pani rany-upomniał ją chłopak.
-Ja cię skąś znam-spojrzałem na niego.-Nie chodziłeś przypadkiem do liceum imienia św. Mateusza?-podniósł na mnie wzrok.
-Harry Styles?-zapytał niepewnie. Kiwnąłem głową.-No i kto tu jest teraz nieudacznikiem?-uśmiechnął się zwycięzko.-Ty wyglądasz jak gość z gangu, a ja pracuje w szpitalu. 1:0 dla mnie, Styles-roześmiał się.
-Przypomnij mi jak masz na imię, bo zapomniałem.
-Connor-uśmiechnął się.
-Mogę już iść spać?-zapytała półgłosem.
-Nie. Nie może pani zasnąć-poklepał ją po policzku gdy przymknęła oczy.

Siedziałem na korytarzu czekając na wieści od lekarza.
-Tato!-krzyknął mały biegnąc w moją stronę.
-Gdzieś ty był urwisie?-wdrapał się na krzesło.
-Dlacego ta pani tak ksycała?-wskazał na któreś drzwi.
-Nie mam pojęcia-wzruszyłem ramionami i upiłem łyk kawy z automatu. Po chwili z sali Hope wyszedł wysoki brunet przed trzydziestką. Zerwałem się na równe nogi.
-Pan Styles?-zapytał podchodząc bliżej. Kiwnąłem głową wyrzucając kubek do śmieci.-Pańska dziewczyna potrzebuje jak najszybciej transfuzji krwi. Jeżeli będzimy czekać zbyt długo dziewczynie może grozić niebezpieczeństwo. Musi pan znaleźć dawcę-położył dłoń na moim ramieniu.
-W jakim jesteśmy szpitalu?-wpadłem na pomysł.
-Bridgewater Hospital. Dlaczego pan pyta?-spojrzał na mnie pytająco.
-Chyba mam dawcę-uderzyłem pięścią w dłoń.-Mogłby pan go chwilkę popilnować-zapytałem pokazując na Georga. Lekarz uśmiechnął się i kiwnął głową. Poszedłem szybkim krokiem do recepcji. 
-Dzień dobry. Mogę panu jakoś pomóc?-uśmiechnęła się do mnie urocza blondyneczka.
-Tak kochanie-zapodałem swój firmowy uśmiech.-Powiedz mi proszę gdzie mogę znaleźć Toma Loyda?-nachyliłem się  nad blatem. Dziewczyna zarumiła się i spojrzała w komputer. 
-Pan Loyd jest teraz w sali 123-zagryzła wargę.
-A wiesz może czy jest bardzo zajęty?-mruknęła cicho i zacisnęła uda. Tak łatwo jest zadziałać na kobiete. 
-Nie. Ma teraz dwie godziny przerwy więc odwiedza pacjentów-pokiwałem głową.
-Dziękuję, piękna-uśmiechnąłem się i odszedłem.
-Przepraszam!-krzyknęła gdy byłem już przy końcu korytarza.-Teraz jest w 125!-uśmiechnęła się. Wystawiłem kciuk w górę i poszedłem go szukać. Dotarłem do odpowiedniej sali. Drzwi były uchylone. Zapukałem lekko i wszedłem do środka.
-Loyd. Musimy pogadać-wlnąłem prosto z mostu. Facet odwrócił się w moją stronę.-Ta sprawa jest pilna-warknąłem próbując go pośpieszyć.
-Frankie. Przyjdę za niedługo-pomachał kobiecie i wyszedł z sali, a ja za nim.
-Czego chcesz, Styles?-oparł się o ścianę ramieniem.
-Pamiętasz, że wisisz mi przysługę?-skrzyżowałem ręce na piersi. Kiwną głową.-Teraz potrzebuję tej przysługi?-przeczesałem włosy skaleczoną dłonią.
Tom Loyd
-Co ci się stało?-wskazał na bandaż.
-Biłem się z lustrem-powiedziałem pośpiesznie.-Jaką masz grupę krwi?
-A-.
-Chodź ze mną-machnąłem na niego ręką.
-Harry. Możesz mi powiedzieć co się stało?-szedł ze mną ramię w ramię.
-Pewna osoba potrzebuje krwi, a nie znam innej osoby, która się zgodzi-wyjaśniłem mijając recepcję. Puściłem dziewczynie oczko gdy podniosła wzrok znad książki. 
-Nie podrywaj Amy. Ona ma narzeczonego-upomniał mnie.
-Mam to w dupie. Jakbym chciał mógłbym ją przelecieć nawet teraz-stwierdziłem obojętnie. Na korytarzu przed salą Hope, Geo zamęczał lekarza jakimś opowiadaniem.
-Jaką ona ma grupę krwi?-podszedłem do niego.
-AB-.-oznajmił wstając.-Co pan profesor tu robi?-podał mu ręke.
-Pan profesor będzie dawcą. Ma A-. Nadaje się.
-Zgadza się pan?-spytał unosząc jedną brew.
-Jeżeli to jej uratuje życie to oczywiście-kiwnął głową.
-Tom, bo ci głowa od tego kiwania odleci-zaśmiał się.
-W takim bądź razie zapraszam za mną, profesorze-młody lekarz wskazał ręką drogę. Usiadłem na krześle i schowałem twarz w dłonie.
-Co się śtało tatku?-wszedł pomiędzy moje kolana i przytulił się do mnie. 
-Chcesz zobaczyć Hope?-wyprostowałem się. 
-Tak!-krzyknął radośnie i stanął na środku korytarza. Podniosłem się i ruszyłem do drzwi.
-Tylko będziesz musiał być bardzo cicho żeby jej nie obudzić-weszliśmy do sali. George wdrapał się od razu na łóżko. Przysunął się do jej boku, położył się i przytulił. Usiadłem na krześle. Zauważyłem jak podnosi rękę i obejmuje chłopca.
-Dziękuję-wyszeptała otwierając oczy.
-Za co?
-Za troskę. Za uczucia. Za to, że się zmieniasz. Bałam się, że coś mu zrobisz, bo trzylatek to duża odpowiedzialność. Nie sądziłam, że masz tyle ciepła w sobie. Będziesz dobrym tatą. Z problemami, ale dobrym-uśmiechnęła się lekko. 
-Hope-złapałem ją za rękę.-To ja tobie powinienem podziękować. Dzięki tobie wiem co to znaczy mieć uczucia tylko dlaczego musiałaś je ze mnie wyciągnąć w tak drastyczny sposób?-zaśmiałem się.-Nigdy nie płakałem podczas seksu. Nie wiem dlaczego wtedy płakałem-wzruszyłem ramionami.
Patrzała na mnie tymi swoimi pięknymi oczkami. Uśmiechała się do mnie najpiękniej w świecie. Mimo bladej twarzy, zszytego nadgarstka i wszystkich przewodów kontrolujących jej stan wokół jej ciała unosiła się jasna aura, którą tylko ja mogłem dostrzec. Była moim aniołem. Bóg zesłał ją do mnie. 
-O czym myślisz?-ścisnęła moją dłoń.
-Jesteś moim aniołkiem zesłanym przez Boga. Nie zauważyłem tego. Gdy zadawałem się z twoim bratem i tym nieszczęśnikiem Calumem coś mnie do ciebie ciągnęło. Byłaś wtedy taka młoda. Gdy siedzieliśmy w salonie, a ty zbiegałaś po schodach do kuchni zamykałem oczy i wdychałem twój zapach unoszący się w całym domu. Pamiętam, że nieraz stałaś za mną za kanapą i czułem twoje drobne dłonie na łopotkach gdy trzymałaś się oparcia i rozmawiałaś z Calem. Chciałem wtedy przeciągnąć cię przez oparcie, usadzić na swoich kolanach, przytulić i szeptać do ucha słodkie słowka. Nie okazywałem tego. Żaden z nich o tym nie wiedział. Powiedziałem tylko Louisowi. Tego samego dnia jak powiedziałem mu o tym przejeżdżając koło waszego domu on robił ci krzywdę-spuściłem głowę.-Michael chwalił nam się tym, że cię...-urwałem. To słowo nie mogło mi przejść przez gardło. Gdy podniosłem wzrok patrzała na mnie skruszona.
-Miałam czternaście lat, ty osiemnaście. Muszę się przyznać, że się ciebie bałam od kiedy po raz pierwszy cię zobaczyłem. Byłeś poważny. Nigdy nie widziałam, że się uśmiechasz. Ubierałeś się na czarno. A gdy na mnie patrzałeś mrużyłesz oczy jakbyś chciał mi coś zrobić. Ale gdy pewnego razu spojrzałam w twoje oczy widziałam cierpienie. Dlaczego wtedy tak cierpiałeś?-głaskała kciukiem moją dłoń.  Zajrzała mi w oczy. Przewiercała moją głowę na wylot. Ucałowałem jej dłoń i uśmiechnąłem się lekko. 
-Hazz, co się wtedy działo?-wyszeptał patrząc na mnie uważnie.
-Wychowywanie się bez matki jest bardzo ciężkie. Zwłaszcza gdy twój ojczym po takiej tragedii upija się każdyn możliwyn alkoholem-wzruszyłem ramionami.
-To na pewno nie jest wszystko-pokręciła głową. 
George wymamrotał coś przez sen i wtulił się w Hope jeszcze mocniej.
-Bił mnie. Poniżał i nie raz próbował molestować. Byłem popychadłem w domu. Po śmierci mamy rodzina się od nas odwróciła. Przestali dzwonić. Mój brat uciekł, a ja zostałem sam z tym alkoholikiem-mówiłem patrząc na nasze dłonie.
-Ale byłeś dzielny i wytrzymałeś-uśmiechnęła się pocieszająco.
-Powiesił się na krawacie w swoim gabinecie-dodałem obojętnie. 
-Co nie zmienia faktu, że byłeś silny-poczułem jej chłodną dłoń na policzku. Podniosłem się z krzesła i usiadłem na skraju łóżka wciąż trzymając ją za rękę.
-Powinnaś odpocząć-uśmiechnąłem się.
-Wolę odpoczywać patrząc na ciebie niż na ścianę-przysunąłem się bliżej.
-Jesteś śliczna-wyszeptałem zbliżając się do niej.
-A ty lubisz bajerować dziewczyny-podniosła się lekko i przywarła ustami do moich. Muskała je delikatnie. Położyłem dłonie na jej policzkach i pogłębiłem pocałunek. Złapała mnie za kark i przyciągnęła do siebie bliżej. Po chwili poczułem jej język na ustach.  Rozchyliłem je, a ona swobodnie zachęciła mnie do swojego tańca. Nasze języki dopełniały się. Chciałem się na niej położyć i całować cały dzień. Ale to nie jest możliwe dopóki nie wyjdzie z tego zasranego szpitala. 
-Chciałabym wrócić do domu. Nie chcę tu być-powiedziała gdy się od siebie odsunęliśmy.
-Będziesz miała transfuzję krwi. Musisz mieć dobre wyniki żeby wyjść-pogłaskałem ją po policzku. Westchnęła smutno i spojrzała mi w oczy.-Pocałuj mnie jeszcze raz-wyszeptałem dotykając jej ust kciukiem. Podniosła się i znów poczułem jej miękkie usta. 
-Całujesz. Najlepiej. Na. Świecie. Maleńka.-Mówiłem pomiędzy pocałunkami. Poczułem jak   wplątuje palce w moje włosy. 
-Poczekaj-szepnąłem, pocałowałem ją i podniosłem się. Wziąłem małego ostrożnie na ręce i położyłem go na kanapie stojącej pod ścianą. Pocałowałem w czoło i wróciłem na swoje poprzednie miejsce. 
-Ale wiesz o tym, że w każdej chwili może wejść lekarz?-założyłem jej luźny kosmyk za ucho. 
-Nie obchodzi mnie to. Chcę pobyć z moim kochankiem-wyszeptała zagryzając wargę. 
-Kochankiem?-uniosłem jedną brew uśmiechając się nonszalandzko. Kiwnęła głową. Zbliżyłem się i przyłożyłem czoło do jej. 
-Przyjaciele z tajemnicą-ucałowałem jej nos, oba policzki. A potem wpiłem się w jej usta. Znów wplotła palce w moje loki. 
-Wiesz, że nie możemy żeby doszło to za daleko?-zapytałem szeptem dysząc.
-Nie chcę żebyśmy odstawiali jakieś orgie-zaśmialiśmy się cicho.-Chcę po prostu poczuć, że nie jestem w tym jebanym szpitalu-szeptała patrząc mi w oczy. Już chciałem ją ponownie pocałować gdy usłyszałem otwieranie drzwi. 
-Hope-rzucił nie zrwacając uwagi na zaistaniałą sytuację.-Jeżeli twój organizm przyjmie krew będziesz mogła wyjść pojutrze do domu-młody lekarz uśmiechnął się do niej odkarzając miejsce w którym wkuje się igła by krew z woreczka płynęła do jej żył.-A jak się czujesz?-położył dłoń na jej ramieniu.
-Jeszcze trochę kręci mi się w głowie, ale poza tym jest lepiej-kiwnęła głową.
-A więc to jest ta piękna dziewczyna, której oddałem swoją krew-w drzwiach pojawił się Tom z szerokim uśmiechem.
-Nie znam słowa żeby wyrazić moją wdzięczność za ten dar-w jej oczach pojawiły się łzy.
-Dziękuj swojemu chłopakowi-mrugnął do mnie.-Zawzięcie walczył żeby mnie przekonać-Loyd uśmiechnął się jeszcze szerzej.-Zdrowiej kochana. Na razie Styles-kiwnął na mnie głową. Uśmiechnąłem się po nosem i złapałem Well za rękę.
-Wszystko będzie dobrze-pocierałem jej kostki kciukiem. Uraczyła mnie pięknym uśmiechem.



Tak wiem miało być na 20, ale byłam na wakacjach i nie było za dużo czasu :) Mam nadzieję, że rozdział się podoba =) I od teraz bardzo bym prosiła żeby osoby, które czytają moje opowiadanie zostawiali komentarze, bo nie wiem czy wam się podoba. Możecie tam pisać co mogę zmienić, podsuwać pomysły na kolejny rozdział i takie tam ;D 

                                                 CZYTASZ=KOMENTUJESZ

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz